czwartek, 6 października 2011

13.


Co ja tam mogę. Nie znam się na życiu. Bo jak niby dobrze komuś doradzić, kiedy samemu się nie wie co i jak ze sobą. Krople walą mi o parapet. Zgodnie z przepowiednią. Miało zacząć padać w czwartek. I zaczęło. O 23:30, ale zawsze. Jakby w ostatniej chwili, byle by się sprawdziło. Są rzeczy niewątpliwie smutne. Czas kiedy wszystko wydawało się proste skończył się boleśnie. Nie żebyśmy się tego nie spodziewali. Po prostu, nie myśleliśmy o tym, a jeśli już, to zawsze z uśmiechem i jakąś wielką siłą i energią pomieszaną z nadzieją i wiarą, że przecież jak to nie będzie cudownie, jak wiemy, że będzie. No a tu popatrz jaki żart życia. ŻŻ. Krople walą. Chociaż ten parapet jakiś nie mój. W moim oryginalnym pokoju jakoś ciaśniej było, widok z okna ten typowy, pod górkę droga, a w niej dziury i początek parku. I woda spływała i zbierała się w dziurach i odbijała światło latarni. I pół człowieka nie szło i nie stało. I pomarańcza na tamtym parapecie też miała się jakoś o pół nieba lepiej. Nie powiem, że o całe, bo o wodzie do tej pory może tylko pomarzyć. No sama nie wiem. A tak w ogóle to naprawdę myślałam, że my wszyscy to już jakoś zawsze tak raczej razem. Że bez względu i bezwzględnie. Że przecież tacyśmy zaprzyjaźnieni i nierozłączni. Ale życie to jest życie. Nie odzywać się dwa miesiące? Nie ma problemu. Każdy chce się czuć ważny dla kogoś. Dlatego nam tak ciężko. Bo jak już ktoś mówi ci w twarz, że mógłby bez ciebie już zawsze, że to nie jest jakieś obowiązkowe i tak bezwzględne, jakim się wydawało, to jest tak na wskroś przykro. Tak okrutnie niemiło. Tak jakby nagle się zatracać, nie widzieć punktu zaczepienia. Przyjaźń i jej pochodne. Zawsze ktoś Cię zostawi. Chętnie i na długo. Byle zabolało. A potem powie ci, że mógłby na zawsze, że cię nie brakuje. Że pytanie o tęsknotę jest trudne. Oprócz innych, miłych i dobrych rzeczy, te jakoś zapadają. Zapadają i nie wyjmiesz. I ta wątpliwość, czy to jest do nadrobienia i na ile to szczere, a nie już jakieś zdradzieckie i dla czyjejś korzyści. Na ile to już nie jest obóz wroga. Najgorsze jest to, że dla innych potrafię trochę. I trochę za dużo. Że wybaczam, wracam i zabiegam. Zamiast czekać. Dlaczego nie czekam? Bo wiem, że niektórzy nie przychodzą, albo przychodzą i myślą, że to wystarczy. A skoro nie czekam, to może i nie mylą się aż tak bardzo. Ludzie. Jednostki o skomplikowanym wzorze. Są też tacy wieczni i trwali. Niosą w sobie ostatnio ryzyko zniknięcia. Ciężko wypośrodkować jakąś słuszność. Trudność sprawia nie tyle wypowiedzenie tego, co moim zdaniem jest w tej sytuacji najlepsze, ale odnalezienie właściwego rozwiązania przed samą sobą. Naprawdę nie wiem co byłoby czy mogłoby być najlepsze. Zazwyczaj się to wie. Ma się jakieś swoje, niekoniecznie słuszne, ale zawsze zdanie. Teraz nic. Bo co zrobić? Kiedy ma się bliskich tak jakoś pół na pół bardziej i należałoby wybrać, to musi być ciężko. Bo niby jak? Kto jest bardziej bliski, kto bardziej potrzebny… Stwierdzić, że bez kogoś to w ogóle możemy żyć, a bez kogoś innego to już raczej nie. Skąd my jesteśmy tacy bezwzględni, no ludzie. Nie wiem jak się to wszystko robi. Nie wiem jak się żyje w zgodzie z samym sobą. Nie wiem gdzie szukać tego, co nam potrzebne. Nie umiem doradzić. Ostatnio krzyczę, jestem drażliwa i nie lubię siebie. Nie cierpię tej bezradności. Nie cierpię, że nie mogę obiecać, że będzie dobrze. Nie potrafię po raz pierwszy. Wszystko wróciło niby na jakieś tam dawne tory, ale kogo ja chcę oszukać… Cholernie miękkie serce staje się jakby już nie do użytku. Przesadzono. Nie to nawet, że już nie umiem tak ufać. Tak prosto, dziecięco i pięknie. Ja chyba już tak nie chcę. Nie to, że ekonomia, ale jednak nie mam z tego zysku. A wręcz jestem stratna. Boli za mocno. Obiecałam sobie, dość odważnie, że jeszcze jeden błąd ludzki skierowany w moją stronę i wyjadę. Wiem, że mogę to zrobić. Zniknąć i nie być. Nie tutaj. I wracać gdzie indziej do nie mojego okna i nie mojego biurka, popisać, ponarzekać i położyć się spać. Wspomnieć o tym co było. Dwukrotnie. I żyć czym innym. Ostatnio brakuje mi chwil. Nie tyle tych, w których jakoś tam rozmyślam, co tych, w których mam czas i energię to uzewnętrznić. Nie tyle samotności, bo ona sama w sobie ma niewiele do zaoferowania, ale kilku samotnych chwil. Takich na wskroś pustych, co to nie trzeba mówić, patrzeć zbyt daleko i rozwarstwiać się, rozmieniać na drobne. Takich co się siedzi i uśmiecha do samego siebie. Albo i nie uśmiecha, ale przychodzą do głowy bzdury. I zbiera się siła na wiarę w lepsze jutro.  Jak jest…  ? Nie ufam. Nikomu nie ufam. I kłamię, że tego nie robię. Kłamię. Na okrągło.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz