Ocieplanie całego osiedla i te jaskrawe kolory. Kto dał
zgodę na każdorazową chłostę moich oczu i wprawianie w płacz mojego poczucia piękna?
Trzeba przyznać, że wzory szalone i odważne. Dodajmy trochę pikanterii. Ulicę
świętego Wojciecha w 80 procentach zamieszkuje grupa społeczna 60+. Może to z
uwagi na nich. Może ten wrzaskliwy pomarańcz ma sprawić, że w żyłach znów
zacznie gotować się krew i końcówki członków, nie będą już ziały starczym
lodem. W zasadzie jestem wdzięczna. Jako całokształt wszystko prezentuje się
wyśmienicie. Ta groteskowość osiedla nadała kolorów (o ironio!) niejednemu
mojemu szaremu popołudniu. Tak czy inaczej współczuję pani z warzywniaka. Okno naprzeciwko
kasy wychodzi dokładnie i tylko na ową wspomnianą już soczystą pomarańczę. Stoi,
niby jak zawsze, zamyślona, podparta pod boczki. Spokojna – nic bardziej
złudnego! Ten kolor… Buzuje w nim niemy krzyk. Zakładam, że prędzej czy później
obudzi się w niej diabeł.
czwartek, 15 września 2011
poniedziałek, 12 września 2011
8.
Przestaję być częścią tego miasta. Czuję, że jestem tu już
tylko ja i ludzie, których nie znam. Nie są moi. Dni płyną jakoś wolniej, ale
nie mogę narzekać. W końcu nigdzie mi się nie spieszy, a już na pewno nie do
października. Dopadła mnie retrospekcja. Więc poszłam, bez większego wahania
tam, gdzie trzeba. Usiadłam. Ławka już nie ta sama, grzyby zaczęły jeść drzewa,
nawet woda płynie jakoś inaczej. Miejsce trochę bez sensu, nie jakieś
specjalnie, raczej pierwsze z brzegu, pomiędzy rzeczami ładnymi. Jeden sen na
tysiąc wspomnień. Nieuczciwa proporcja. Zadziwiające, że nie było nam trzeba
nic, prócz tej rzeki. Wszystko było mniej groźne, mniej ważne. Widok nie pasuje
dziś do myśli. Jest tu za ładnie. Są miejsca, w które nie powinno się przyprowadzać
kolejnych osób. Po prostu zostawić je w spokoju, nie nagromadzać tam wspomnień,
nie pozwolić by się nakładały. Zostaje z nich tak niewiele. Mozaika barw, ludzi
i uczuć, fragmenty dawnej codzienności, zapamiętane wybiórczo, jakby bez
większego sensu. Jeden deszczowy dzień, przemoczona szara kurtka, park
wieczorem i ręce gdzieś na moim ciele, jakiś pocałunek przy aptece i inne,
mniej znaczące, królewna z jakiejś fantastycznej książki, pies, który miał zawał, mały
chłopiec, który nie umiał wybierać, skóra pachnąca słońcem po całym dniu pracy,
bar przy dworcu, jeden magiczny telefon kiedyś w wigilię. A dziś? Dziś to już
nie moja ławka. Dziś tylko jeden sen. Dziś tylko „cześć” przez zaciśnięte zęby…
7.
Wczoraj
Niewiele ci trzeba.
Trzeba ci
skrawka trawy
i kawałka nieba.
Czasu, który
odpoczywa w cieniu
i problemów,
co toną w zapomnieniu.
Jednej białej chmury
dla urozmaicenia,
a dla odpoczynku
-smugi cienia.
Kogoś, kto jest
gdy ci go potrzeba,
spokoju…
aż ptaki lecą wolniej
i kleją się do nieba…
niedziela, 11 września 2011
6.
Zakładając, że każdy człowiek powierza komuś tajemnicę,
muszę stwierdzić, że nikt nikogo nie zna tak naprawdę do końca. Ludzie nie
zawsze zwierzają się najbliższym. Nie zawsze zwierzają się tylko jednej osobie.
Co jeśli się pogubimy i okaże się, że ci, którzy powinni znać nas najlepiej,
znają tylko setną część naszej duszy. I czy w ogóle da się wiedzieć o kimś
wszystko? Nie jest przypadkiem tak, że każdy z nas ma na samym dnie serca
sekrety, które nigdy stamtąd nie wychodzą? Nie chodzi o to, że nie chcemy
czegoś wyjawiać. Że staramy się skrzętnie zataić wstydliwe sprawy. To byłoby
trudne. Chodzi raczej o proces bardziej ulotny. Podświadomy. Te krótkie myśli,
które palą się zaledwie kilka sekund tym żywym ogniem, a potem stają się nagie
i nieuchwytne. Myśli na tyle dziwne, że nie wypowiadamy ich głośno nawet przed
samym sobą. Nie chcemy by nam towarzyszyły. Przeraziłyby nie tylko innych, ale
i nas samych. Może jest w nas jakiś chory instynkt, drzemiąca potrzeba siania
niepokoju, krótkotrwałe wyobrażenie bycia po drugiej stronie, braku
skrępowania. Zaskakujące nawet nas samych fantazje nie nadają się do
publikacji. Za bardzo wyziera z nich zwykła ludzka niepoczytalność, której
namiastkę kryje w sobie wnętrze każdego z nas. Dlaczego nikt nie zna nas w
pełni? Bo sami siebie w pełni nie znamy. Kreujemy coraz to nowe oblicza własne,
by być tym kim chcemy. Może i nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że
czasem stajemy się kimś kto nam nie odpowiada, kto nas drażni i przyprawia o
mdłości. Tak jakbyśmy nie mieli nad tym procesem pełnej i świadomej kontroli,
jakby wypadała nam z rąk i nagle sprawowała się samoczynnie. Kim jestem? Nasuwa
się kilka oczywistych stwierdzeń. Pleć, wiek, cechy nie-szczególne. Tylko jakie
to ma znaczenie. Więc kim jestem? Nie wiem. Kim chciałabym być? Każdego dnia
odpowiedź przedstawia się inaczej. Może nikim. Kto zna mnie w pełni? Nikt.
Składam się w 80% z wody. Reszta to pewnie pomieszanie, nie chcę wiedzieć, wypadkowa
czynów, chęci, starań i oddziaływania innych. Mam może ze dwie tajemnice
średniego stopnia, kilka cudzych, zapewne wiele nieopowiedzianych historii. Kolekcjonuję
sentymentalne, nazywajmy rzeczy po imieniu, śmieci. Kilka dziwnych przedmiotów
w portfelu, pełno kartek, cudze włosy i może kilka biletów. Kolekcjonuję
wszelkiego typu wspomnienia. Zapominam. O wielu rzeczach zapominam i jestem na
siebie wściekła. Zapominam o rzeczach ważnych, o cudzych drobnych gestach,
które tak wiele w danej chwili znaczyły, o kluczowych słowach, o ludziach z
przeszłości, o sytuacjach. Zapominam, ale staram się tym zawładnąć. Zawsze coś
w nas zostaje. Założę się, że zawsze. Nawet jeśli tego nie chcemy, to i tak,
jeśli chodzi o pełne poznanie, stanowimy
biegun względnej niedostępności,
sobota, 10 września 2011
5.
Dziś przełamuję stereotyp własny. Zawsze noc wydawała mi się
bardziej twórcza i odkładałam wszystko na wieczór. A tu proszę. Rozwijam się
artystycznie, z miernymi efektami, w środku dnia. Sprawy sentymentu i tym
podobne. Poza tym nie mogę przywyknąć do komputera. Zagorzała fanka kartki i
długopisu. Bo ta biała sztuczna strona na ekranie bije po oczach i wytrąca mnie
z przemyśleń i równowagi. Nawet jeśli staram się patrzeć w klawiaturę, to ona i
tak tam jest. Parę centymetrów wyżej. I dalej rozprasza. I co mi po tym, że
szybciej. Sama nie wiem. Kiedyś było inaczej. Ludzie pisali przy świeczce,
piórem i w ogóle na pergaminie czy czym tam. A potem też fajnie, na maszynie.
Kiedyś ludzie mieli więcej czasu i nie mieli ekranu, z którego płynie tak
drażniące w ciemności światło. Kiedyś ludzie pewnie się nie kłócili, byli
szczęśliwsi i jeszcze pewnie nie robili kupy. Kiedyś to było!
czwartek, 8 września 2011
4.
Mam czkawkę. Rzadko się ma czkawkę. To dziwne generalnie i
takie jednocześnie śmieszne i denerwujące. Zjadłam dwie łyżeczki cukru, wstrzymywałam oddech i piłam wodę do góry nogami. Pewnie w rzeczywistości przeszła sama z siebie. Poza tym to tylko trochę piwa i
różne dziwne myśli. Wiele tematów. Ale żaden na tyle wyraźny by go poruszyć.
Może babcia. To, że wciąż jest, a umyka między palcami, nie wiedzieć kiedy…
Wiem, że to zmarnowałam lub marnuję. Cholera.
PS: Życiowo parę spraw poszło do przodu. Watro czasami się
przemóc. Plus dziwne samopoczucie, ze względu na brak zgodności w niektórych
sprawach, łamanie cudzych serc i nadchodzące nieuniknione zmiany.
środa, 7 września 2011
3.
Zastanawiam się. I jakaś dziś pustka. Myślałam, że może
nawet wstrzeli się coś wesołego, jakaś niewiążąca anegdotka, albo przyjemna sentymentalna
historia. Nawet kilka gdzieś tam przewinęło się na szarym końcu umysłu, ale
nieśmiało, bez odpowiedniej siły przebicia. Gdzieś jeszcze tkwię w tej
wczorajszej historii, wciąż oszołomiona. Zresztą. W moim prywatnym układzie
międzyplanetarnym są ostatnio straszne zaburzenia, rozładowania, czy kto wie co
jeszcze. Było tak, że nikt nie narzekał. Nie rozumiem przyczyny tych zmian. Chcę
jak kiedyś. To chyba dość skromne życzenie. Po prostu chcę jak kiedyś. I boli
mnie głowa i ani słowa więcej. Może jeszcze jedno. Nonsens.
wtorek, 6 września 2011
Dwa lata
Dwa lata. Nie potrafię nigdy łatwo uwierzyć takim historiom.
Informacja z drugiego końca świata pojawia się u mnie w czasie zapewne krótszym
niż ułamek sekundy, a mimo to trafiła dopiero dziś. Jak zagubiony list, coś
nieistotnego, coś z czym można czekać. Może po prostu nie umiała się jakoś przebić
przez tysiące innych. Fakt – moje myśli nie błądziły po dalekim Manchesterze,
bo też nie było takiej potrzeby. Rzadko błądzą też po wspomnieniach Bytomia
sprzed lat bodajże trzech? Może nawet czterech… Wszystko trochę się ze sobą
zlewa. Nie wiem w zasadzie co myśleć. Ta dziwnego rodzaju strata, zniknięcie
jakiejś, mikroskopijnej na dobrą sprawę, cząsteczki mnie samej. Bywają ludzie,
których potrafimy zapomnieć ot tak, bez większych skrupułów, w zasadzie nawet
bez jakiejś brutalności i celowości. Wyrzucamy ich jako nieistotne dla biegu wydarzeń
jednostki, nie na tyle charakterystyczne by zawładnąć partią naszych wspomnień.
Bywają jednak i tacy, których skrzętnie pielęgnujemy, jakoś podświadomie, bez
specjalnych ceremonii i starań. Wydają się zwyczajnie sami z siebie w nas tkwić,
mimo krótkotrwałego kontaktu, kilku chwil, może dwóch zetknięć oczu, jednego
otarcia ciał. To jest wyjątkowość. Charyzma. Inna nazwa też pewnie pasuje.
Wszystko jedno jak to nazwę i czego to zasługa. Bytom, po raz pierwszy. Człowiek
filigranowy, którego aura wypełniała salę po same brzegi. Jakby krążąca w tym
małym ciele energia miała zbyt małe pole do popisu i zdawała się je rozsadzać.
Skojarzenie z Mercurym, w którego dźwiękach zresztą zdawał się tonąć, gdy tylko
lały się za jego sprawą z głośników. I
taniec. Choreografia tak niezwykle piękna, że łzy cisnęły się do oczu. Połykało
się je wtedy zachłannie, by nie rozkleić się do końca. Zatrzymywały się w
gardle, buzując i jakby chcąc na powrót trafić do źródła, wybuchnąć, nie dać
się powstrzymać. Jego ruchy za każdym razem tak pełne pasji, jakby tańczył nie
na szkolnej sali, ale dla połowy świata i trzech czwartych nieba. Jakby to był
najważniejszy taniec jego życia. Jakby krople potu ściekające z jego czoła były
tak cenne, że chciał wycisnąć ich jak najwięcej i nie potrzebował nic poza tą
słoną zapłatą. Ruchy tak przepełnione
emocjami i czymś jeszcze. Czymś nieuchwytnym, czymś co ginie gdzieś między
zdaniami, jakby nie chciało zostać opisane, a w zasadzie było niemożliwe do
opisania. Coś, co da się wyrazić tylko tańcem, na przemian napięciem i
rozluźnianiem mięśni, ekspresją twarzy, która poddaje się muzyce jakby
nieświadomie, podążając za tym co podpowiada jej miotane każdym pojedynczym
dźwiękiem ciało. Subtelność, pełnia uroku, manifest dla świata. Coś, co zostaje
na zawsze. Te za mocno niestety wytarte obrazy. I to banalne zdanie: z nim
niemożliwe stawało się możliwe. Jakkolwiek oklepane by nie było. Mógł przyjść każdy.
Zaledwie kilka jego zajęć. Kilka godzin mojego życia, które da się policzyć na
palcach. I wiem. Wiem, że możemy wszystko, że nie ma granic, że nie można się poddawać.
I udało się każde podnoszenie, których pewna byłam, że nie zrobię. Przewrót
przez dwie osoby. Czucie magii wśród zwykłych szkolnych krzeseł. Powtórzę.
Przekraczanie własnych granic. Odkrył to, czego każdemu z nas tak naprawdę
brakuje, by być lepszym - pokazał, że możemy więcej, niż nam się wydaje. Nigdy
więcej nie przyjechał. Często przypominałyśmy sobie o nim, zawsze ktoś
wspomniał dobrze zapamiętane nazwisko z tęsknym uśmiechem, może jeszcze tylko
kilka słów o niepowtarzalności i niezwykłości tamtych zajęć i to wszystko. Chyba
dlatego nie rozumiem. Tych ludzi nigdy się jakoś nie szuka, tkwią gdzieś w nas
skazani tym samym na nieśmiertelność. A więc czysty przypadek. Odpowiednia
osoba odpowiednio blisko właściwego miejsca, punktu x. Zwyczajne pierwsze
skojarzenie, przeskok, wyszukanie informacji, których swoją drogą jest o takich
ludziach niewiele. Więc nie żyje. Od dwóch lat. Wielu nie rozumie jak to
możliwe, że świat się mimo to wcale nie zawalił. Jeszcze więcej jest tych,
którzy nie odczuli żadnej zmiany, nie zauważyli braku. A ja? Ja w to nie
wierzę. To tak, jakby ktoś zamykał czasami pojedynczych ludzi w jakimś
pomieszczeniu, wmawiał nam że przestali istnieć, czekał aż się na to nabierzemy
i krzyknął w końcu, widząc nasze przerażenie, wyczekiwane i przynoszące ulgę „żartuję”.
37 lat, ogromna świadomość ciała, ogromny talent i ogromna radość życia. Założę
się, że siedzą teraz razem z Freddiem i śmieją się z tego naszego świata w
opłakanym stanie. Choć znając Pietra, siedzi pewnie lekko obrażony, że to
ziemskie przedstawienie odgrywa się dalej, bez niego...
poniedziałek, 5 września 2011
O tym jak wysiadłam za późno.
No ja lubię pisać. Osoba, z którą łączy mnie jakaś na tyle
głęboka zażyłość, że zdarza jej się odgadnąć o czym myślę patrząc na wyraz
mojej twarzy, każe pisać mi częściej. Nasze relacje wskazują w tym temacie
zagadkową sprzeczność. Z jednej strony musi mnie wspierać, z drugiej nie może kłamać.
W końcu wychodzi na to, że nic nie wiadomo, ale piszę. Może trochę błąd, że tu.
Stronę odwiedzają powiedzmy 2, może 3 osoby, w dodatku główni bohaterowie
mojego życia. Może i nie jest to najbardziej kasowy film ostatniej dekady, ale
nie o to się rozchodzi. Zwyczajnie chyba uciążliwa jest dla mnie
(egoistycznie!) ta świadomość. Trudno wyłączyć tą funkcję pomijania faktów,
stosowania niedopowiedzeń, bo coś nie powinno się pojawić. Nie ważne. Powiem
tak. Każdy kto jeździ naszą a-vistą, a więc mikroautobusem w 30 tysięcznym
mieście, wie że jeśli chce wysiąść, musi wstać. Inaczej pan kierowca, który
jest najczęściej jedynym człowiekiem w autobusie oprócz Ciebie, nie zatrzymuje
się. Więc wstajesz, on hamuje, wysiadasz. Niektórzy wybierają też opcję, która
zawsze trochę mnie przeraża, a więc z
końca autobusu wydziera się z emerytowanej krtani przeciągłe „wysiadam!”
z nutą pośpiechu i jakiejś niepewności. Lepiej w każdym razie wstać… System był
niezawodny, aż do dziś. Jak można zamyślić się na krótko przed Bankiem Zachodnim
w dzień taki jak dziś? Akurat w taki? Normalnie. Dwie przecznice dalej powód
mojego zamyślenia przestał mieć znaczenie. Dodatkowe 15 minut w deszczu. To
było globalnym utrapieniem w tamtej chwili. Ja, ciemna ulica i miliony kropel
deszczu. Ich towarzystwo było tak wszechobecne, że jakoś ukryło melancholijną samotność.
Niewiele nam trzeba. Wystarczą kalosze i parasol i już nam dziecinnie wszystko
jedno. Tylko kilka pustych faktów. Chłopak z psem, który ciągnie do domu, woli trzymać
mocz do rana, niż moknąc . Zapach z cukierni. Zamkniętej około 5 godzin temu.
Czemu deszcz go nie pochłonął? Pewnie pachniało dla mnie. Migająca latarnia.
Pani w sklepie pozwala donieść 30 groszy jutro. I ma katar. I jedna myśl.
Wspomnienie z godzin popołudniowych. Ta zamknięta cukiernia naprzeciwko ratusza.
Zamknięta jakby złośliwie, dając mi boleśnie do zrozumienia, że wszystko prędzej
czy później się kończy. Tylko dlaczego zakończenia bywają tak nielogiczne? Przecież
sernik domowy jedzony właśnie tam w tajemnicy przed całym światem smakował
naprawdę dobrze. Może to nie koniec. Może tylko remont. A jeśli koniec, to
pozostaje mi tylko sprawdzić czego dotyczy nieskończoność i przemilczeć całą
resztę, której się nie udało.
Subskrybuj:
Posty (Atom)