czwartek, 15 września 2011

9.


Ocieplanie całego osiedla i te jaskrawe kolory. Kto dał zgodę na każdorazową chłostę moich oczu i wprawianie w płacz mojego poczucia piękna? Trzeba przyznać, że wzory szalone i odważne. Dodajmy trochę pikanterii. Ulicę świętego Wojciecha w 80 procentach zamieszkuje grupa społeczna 60+. Może to z uwagi na nich. Może ten wrzaskliwy pomarańcz ma sprawić, że w żyłach znów zacznie gotować się krew i końcówki członków, nie będą już ziały starczym lodem. W zasadzie jestem wdzięczna. Jako całokształt wszystko prezentuje się wyśmienicie. Ta groteskowość osiedla nadała kolorów (o ironio!) niejednemu mojemu szaremu popołudniu. Tak czy inaczej współczuję pani z warzywniaka. Okno naprzeciwko kasy wychodzi dokładnie i tylko na ową wspomnianą już soczystą pomarańczę. Stoi, niby jak zawsze, zamyślona, podparta pod boczki. Spokojna – nic bardziej złudnego! Ten kolor… Buzuje w nim niemy krzyk. Zakładam, że prędzej czy później obudzi się w niej diabeł.

poniedziałek, 12 września 2011

8.


Przestaję być częścią tego miasta. Czuję, że jestem tu już tylko ja i ludzie, których nie znam. Nie są moi. Dni płyną jakoś wolniej, ale nie mogę narzekać. W końcu nigdzie mi się nie spieszy, a już na pewno nie do października. Dopadła mnie retrospekcja. Więc poszłam, bez większego wahania tam, gdzie trzeba. Usiadłam. Ławka już nie ta sama, grzyby zaczęły jeść drzewa, nawet woda płynie jakoś inaczej. Miejsce trochę bez sensu, nie jakieś specjalnie, raczej pierwsze z brzegu, pomiędzy rzeczami ładnymi. Jeden sen na tysiąc wspomnień. Nieuczciwa proporcja. Zadziwiające, że nie było nam trzeba nic, prócz tej rzeki. Wszystko było mniej groźne, mniej ważne. Widok nie pasuje dziś do myśli. Jest tu za ładnie. Są miejsca, w które nie powinno się przyprowadzać kolejnych osób. Po prostu zostawić je w spokoju, nie nagromadzać tam wspomnień, nie pozwolić by się nakładały. Zostaje z nich tak niewiele. Mozaika barw, ludzi i uczuć, fragmenty dawnej codzienności, zapamiętane wybiórczo, jakby bez większego sensu. Jeden deszczowy dzień, przemoczona szara kurtka, park wieczorem i ręce gdzieś na moim ciele, jakiś pocałunek przy aptece i inne, mniej znaczące, królewna z jakiejś fantastycznej  książki, pies, który miał zawał, mały chłopiec, który nie umiał wybierać, skóra pachnąca słońcem po całym dniu pracy, bar przy dworcu, jeden magiczny telefon kiedyś w wigilię. A dziś? Dziś to już nie moja ławka. Dziś tylko jeden sen. Dziś tylko „cześć” przez zaciśnięte zęby…

7.


Wczoraj

Niewiele ci trzeba.
Trzeba ci
skrawka trawy
i kawałka nieba.
Czasu, który
odpoczywa w cieniu
i problemów,
co toną w zapomnieniu.
Jednej białej chmury
dla urozmaicenia,
a dla odpoczynku
-smugi cienia.
Kogoś, kto jest
gdy ci go potrzeba,
spokoju…
aż ptaki lecą wolniej
i kleją się do nieba…

niedziela, 11 września 2011

6.


Zakładając, że każdy człowiek powierza komuś tajemnicę, muszę stwierdzić, że nikt nikogo nie zna tak naprawdę do końca. Ludzie nie zawsze zwierzają się najbliższym. Nie zawsze zwierzają się tylko jednej osobie. Co jeśli się pogubimy i okaże się, że ci, którzy powinni znać nas najlepiej, znają tylko setną część naszej duszy. I czy w ogóle da się wiedzieć o kimś wszystko? Nie jest przypadkiem tak, że każdy z nas ma na samym dnie serca sekrety, które nigdy stamtąd nie wychodzą? Nie chodzi o to, że nie chcemy czegoś wyjawiać. Że staramy się skrzętnie zataić wstydliwe sprawy. To byłoby trudne. Chodzi raczej o proces bardziej ulotny. Podświadomy. Te krótkie myśli, które palą się zaledwie kilka sekund tym żywym ogniem, a potem stają się nagie i nieuchwytne. Myśli na tyle dziwne, że nie wypowiadamy ich głośno nawet przed samym sobą. Nie chcemy by nam towarzyszyły. Przeraziłyby nie tylko innych, ale i nas samych. Może jest w nas jakiś chory instynkt, drzemiąca potrzeba siania niepokoju, krótkotrwałe wyobrażenie bycia po drugiej stronie, braku skrępowania. Zaskakujące nawet nas samych fantazje nie nadają się do publikacji. Za bardzo wyziera z nich zwykła ludzka niepoczytalność, której namiastkę kryje w sobie wnętrze każdego z nas. Dlaczego nikt nie zna nas w pełni? Bo sami siebie w pełni nie znamy. Kreujemy coraz to nowe oblicza własne, by być tym kim chcemy. Może i nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że czasem stajemy się kimś kto nam nie odpowiada, kto nas drażni i przyprawia o mdłości. Tak jakbyśmy nie mieli nad tym procesem pełnej i świadomej kontroli, jakby wypadała nam z rąk i nagle sprawowała się samoczynnie. Kim jestem? Nasuwa się kilka oczywistych stwierdzeń. Pleć, wiek, cechy nie-szczególne. Tylko jakie to ma znaczenie. Więc kim jestem? Nie wiem. Kim chciałabym być? Każdego dnia odpowiedź przedstawia się inaczej. Może nikim. Kto zna mnie w pełni? Nikt. Składam się w 80% z wody. Reszta to pewnie pomieszanie, nie chcę wiedzieć, wypadkowa czynów, chęci, starań i oddziaływania innych. Mam może ze dwie tajemnice średniego stopnia, kilka cudzych, zapewne wiele nieopowiedzianych historii. Kolekcjonuję sentymentalne, nazywajmy rzeczy po imieniu, śmieci. Kilka dziwnych przedmiotów w portfelu, pełno kartek, cudze włosy i może kilka biletów. Kolekcjonuję wszelkiego typu wspomnienia. Zapominam. O wielu rzeczach zapominam i jestem na siebie wściekła. Zapominam o rzeczach ważnych, o cudzych drobnych gestach, które tak wiele w danej chwili znaczyły, o kluczowych słowach, o ludziach z przeszłości, o sytuacjach. Zapominam, ale staram się tym zawładnąć. Zawsze coś w nas zostaje. Założę się, że zawsze. Nawet jeśli tego nie chcemy, to i tak, jeśli chodzi o pełne poznanie,  stanowimy biegun względnej niedostępności,

sobota, 10 września 2011

5.


Dziś przełamuję stereotyp własny. Zawsze noc wydawała mi się bardziej twórcza i odkładałam wszystko na wieczór. A tu proszę. Rozwijam się artystycznie, z miernymi efektami, w środku dnia. Sprawy sentymentu i tym podobne. Poza tym nie mogę przywyknąć do komputera. Zagorzała fanka kartki i długopisu. Bo ta biała sztuczna strona na ekranie bije po oczach i wytrąca mnie z przemyśleń i równowagi. Nawet jeśli staram się patrzeć w klawiaturę, to ona i tak tam jest. Parę centymetrów wyżej. I dalej rozprasza. I co mi po tym, że szybciej. Sama nie wiem. Kiedyś było inaczej. Ludzie pisali przy świeczce, piórem i w ogóle na pergaminie czy czym tam. A potem też fajnie, na maszynie. Kiedyś ludzie mieli więcej czasu i nie mieli ekranu, z którego płynie tak drażniące w ciemności światło. Kiedyś ludzie pewnie się nie kłócili, byli szczęśliwsi i jeszcze pewnie nie robili kupy. Kiedyś to było!

czwartek, 8 września 2011

4.


Mam czkawkę. Rzadko się ma czkawkę. To dziwne generalnie i takie jednocześnie śmieszne i denerwujące. Zjadłam dwie łyżeczki cukru, wstrzymywałam oddech i piłam wodę do góry nogami. Pewnie w rzeczywistości przeszła sama z siebie. Poza tym to tylko trochę piwa i różne dziwne myśli. Wiele tematów. Ale żaden na tyle wyraźny by go poruszyć. Może babcia. To, że wciąż jest, a umyka między palcami, nie wiedzieć kiedy… Wiem, że to zmarnowałam lub marnuję. Cholera.

PS: Życiowo parę spraw poszło do przodu. Watro czasami się przemóc. Plus dziwne samopoczucie, ze względu na brak zgodności w niektórych sprawach, łamanie cudzych serc i nadchodzące nieuniknione zmiany.

środa, 7 września 2011

3.


Zastanawiam się. I jakaś dziś pustka. Myślałam, że może nawet wstrzeli się coś wesołego, jakaś niewiążąca anegdotka, albo przyjemna sentymentalna historia. Nawet kilka gdzieś tam przewinęło się na szarym końcu umysłu, ale nieśmiało, bez odpowiedniej siły przebicia. Gdzieś jeszcze tkwię w tej wczorajszej historii, wciąż oszołomiona. Zresztą. W moim prywatnym układzie międzyplanetarnym są ostatnio straszne zaburzenia, rozładowania, czy kto wie co jeszcze. Było tak, że nikt nie narzekał. Nie rozumiem przyczyny tych zmian. Chcę jak kiedyś. To chyba dość skromne życzenie. Po prostu chcę jak kiedyś. I boli mnie głowa i ani słowa więcej. Może jeszcze jedno. Nonsens.

wtorek, 6 września 2011

Dwa lata


Dwa lata. Nie potrafię nigdy łatwo uwierzyć takim historiom. Informacja z drugiego końca świata pojawia się u mnie w czasie zapewne krótszym niż ułamek sekundy, a mimo to trafiła dopiero dziś. Jak zagubiony list, coś nieistotnego, coś z czym można czekać. Może po prostu nie umiała się jakoś przebić przez tysiące innych. Fakt – moje myśli nie błądziły po dalekim Manchesterze, bo też nie było takiej potrzeby. Rzadko błądzą też po wspomnieniach Bytomia sprzed lat bodajże trzech? Może nawet czterech… Wszystko trochę się ze sobą zlewa. Nie wiem w zasadzie co myśleć. Ta dziwnego rodzaju strata, zniknięcie jakiejś, mikroskopijnej na dobrą sprawę, cząsteczki mnie samej. Bywają ludzie, których potrafimy zapomnieć ot tak, bez większych skrupułów, w zasadzie nawet bez jakiejś brutalności i celowości. Wyrzucamy ich jako nieistotne dla biegu wydarzeń jednostki, nie na tyle charakterystyczne by zawładnąć partią naszych wspomnień. Bywają jednak i tacy, których skrzętnie pielęgnujemy, jakoś podświadomie, bez specjalnych ceremonii i starań. Wydają się zwyczajnie sami z siebie w nas tkwić, mimo krótkotrwałego kontaktu, kilku chwil, może dwóch zetknięć oczu, jednego otarcia ciał. To jest wyjątkowość. Charyzma. Inna nazwa też pewnie pasuje. Wszystko jedno jak to nazwę i czego to zasługa. Bytom, po raz pierwszy. Człowiek filigranowy, którego aura wypełniała salę po same brzegi. Jakby krążąca w tym małym ciele energia miała zbyt małe pole do popisu i zdawała się je rozsadzać. Skojarzenie z Mercurym, w którego dźwiękach zresztą zdawał się tonąć, gdy tylko lały się za jego sprawą z głośników.  I taniec. Choreografia tak niezwykle piękna, że łzy cisnęły się do oczu. Połykało się je wtedy zachłannie, by nie rozkleić się do końca. Zatrzymywały się w gardle, buzując i jakby chcąc na powrót trafić do źródła, wybuchnąć, nie dać się powstrzymać. Jego ruchy za każdym razem tak pełne pasji, jakby tańczył nie na szkolnej sali, ale dla połowy świata i trzech czwartych nieba. Jakby to był najważniejszy taniec jego życia. Jakby krople potu ściekające z jego czoła były tak cenne, że chciał wycisnąć ich jak najwięcej i nie potrzebował nic poza tą słoną zapłatą. Ruchy tak  przepełnione emocjami i czymś jeszcze. Czymś nieuchwytnym, czymś co ginie gdzieś między zdaniami, jakby nie chciało zostać opisane, a w zasadzie było niemożliwe do opisania. Coś, co da się wyrazić tylko tańcem, na przemian napięciem i rozluźnianiem mięśni, ekspresją twarzy, która poddaje się muzyce jakby nieświadomie, podążając za tym co podpowiada jej miotane każdym pojedynczym dźwiękiem ciało. Subtelność, pełnia uroku, manifest dla świata. Coś, co zostaje na zawsze. Te za mocno niestety wytarte obrazy. I to banalne zdanie: z nim niemożliwe stawało się możliwe. Jakkolwiek oklepane by nie było. Mógł przyjść każdy. Zaledwie kilka jego zajęć. Kilka godzin mojego życia, które da się policzyć na palcach. I wiem. Wiem, że możemy wszystko, że nie ma granic, że nie można się poddawać. I udało się każde podnoszenie, których pewna byłam, że nie zrobię. Przewrót przez dwie osoby. Czucie magii wśród zwykłych szkolnych krzeseł. Powtórzę. Przekraczanie własnych granic. Odkrył to, czego każdemu z nas tak naprawdę brakuje, by być lepszym - pokazał, że możemy więcej, niż nam się wydaje. Nigdy więcej nie przyjechał. Często przypominałyśmy sobie o nim, zawsze ktoś wspomniał dobrze zapamiętane nazwisko z tęsknym uśmiechem, może jeszcze tylko kilka słów o niepowtarzalności i niezwykłości tamtych zajęć i to wszystko. Chyba dlatego nie rozumiem. Tych ludzi nigdy się jakoś nie szuka, tkwią gdzieś w nas skazani tym samym na nieśmiertelność. A więc czysty przypadek. Odpowiednia osoba odpowiednio blisko właściwego miejsca, punktu x. Zwyczajne pierwsze skojarzenie, przeskok, wyszukanie informacji, których swoją drogą jest o takich ludziach niewiele. Więc nie żyje. Od dwóch lat. Wielu nie rozumie jak to możliwe, że świat się mimo to wcale nie zawalił. Jeszcze więcej jest tych, którzy nie odczuli żadnej zmiany, nie zauważyli braku. A ja? Ja w to nie wierzę. To tak, jakby ktoś zamykał czasami pojedynczych ludzi w jakimś pomieszczeniu, wmawiał nam że przestali istnieć, czekał aż się na to nabierzemy i krzyknął w końcu, widząc nasze przerażenie, wyczekiwane i przynoszące ulgę „żartuję”. 37 lat, ogromna świadomość ciała, ogromny talent i ogromna radość życia. Założę się, że siedzą teraz razem z Freddiem i śmieją się z tego naszego świata w opłakanym stanie. Choć znając Pietra, siedzi pewnie lekko obrażony, że to ziemskie przedstawienie odgrywa się dalej, bez niego...

poniedziałek, 5 września 2011

O tym jak wysiadłam za późno.


No ja lubię pisać. Osoba, z którą łączy mnie jakaś na tyle głęboka zażyłość, że zdarza jej się odgadnąć o czym myślę patrząc na wyraz mojej twarzy, każe pisać mi częściej. Nasze relacje wskazują w tym temacie zagadkową sprzeczność. Z jednej strony musi mnie wspierać, z drugiej nie może kłamać. W końcu wychodzi na to, że nic nie wiadomo, ale piszę. Może trochę błąd, że tu. Stronę odwiedzają powiedzmy 2, może 3 osoby, w dodatku główni bohaterowie mojego życia. Może i nie jest to najbardziej kasowy film ostatniej dekady, ale nie o to się rozchodzi. Zwyczajnie chyba uciążliwa jest dla mnie (egoistycznie!) ta świadomość. Trudno wyłączyć tą funkcję pomijania faktów, stosowania niedopowiedzeń, bo coś nie powinno się pojawić. Nie ważne. Powiem tak. Każdy kto jeździ naszą a-vistą, a więc mikroautobusem w 30 tysięcznym mieście, wie że jeśli chce wysiąść, musi wstać. Inaczej pan kierowca, który jest najczęściej jedynym człowiekiem w autobusie oprócz Ciebie, nie zatrzymuje się. Więc wstajesz, on hamuje, wysiadasz. Niektórzy wybierają też opcję, która zawsze trochę mnie przeraża, a więc z  końca autobusu wydziera się z emerytowanej krtani przeciągłe „wysiadam!” z nutą pośpiechu i jakiejś niepewności. Lepiej w każdym razie wstać… System był niezawodny, aż do dziś. Jak można zamyślić się na krótko przed Bankiem Zachodnim w dzień taki jak dziś? Akurat w taki? Normalnie. Dwie przecznice dalej powód mojego zamyślenia przestał mieć znaczenie. Dodatkowe 15 minut w deszczu. To było globalnym utrapieniem w tamtej chwili. Ja, ciemna ulica i miliony kropel deszczu. Ich towarzystwo było tak wszechobecne, że jakoś ukryło melancholijną samotność. Niewiele nam trzeba. Wystarczą kalosze i parasol i już nam dziecinnie wszystko jedno. Tylko kilka pustych faktów. Chłopak z psem, który ciągnie do domu, woli trzymać mocz do rana, niż moknąc . Zapach z cukierni. Zamkniętej około 5 godzin temu. Czemu deszcz go nie pochłonął? Pewnie pachniało dla mnie. Migająca latarnia. Pani w sklepie pozwala donieść 30 groszy jutro. I ma katar. I jedna myśl. Wspomnienie z godzin popołudniowych. Ta zamknięta cukiernia naprzeciwko ratusza. Zamknięta jakby złośliwie, dając mi boleśnie do zrozumienia, że wszystko prędzej czy później się kończy. Tylko dlaczego zakończenia bywają tak nielogiczne? Przecież sernik domowy jedzony właśnie tam w tajemnicy przed całym światem smakował naprawdę dobrze. Może to nie koniec. Może tylko remont. A jeśli koniec, to pozostaje mi tylko sprawdzić czego dotyczy nieskończoność i przemilczeć całą resztę, której się nie udało.