poniedziałek, 5 września 2011

O tym jak wysiadłam za późno.


No ja lubię pisać. Osoba, z którą łączy mnie jakaś na tyle głęboka zażyłość, że zdarza jej się odgadnąć o czym myślę patrząc na wyraz mojej twarzy, każe pisać mi częściej. Nasze relacje wskazują w tym temacie zagadkową sprzeczność. Z jednej strony musi mnie wspierać, z drugiej nie może kłamać. W końcu wychodzi na to, że nic nie wiadomo, ale piszę. Może trochę błąd, że tu. Stronę odwiedzają powiedzmy 2, może 3 osoby, w dodatku główni bohaterowie mojego życia. Może i nie jest to najbardziej kasowy film ostatniej dekady, ale nie o to się rozchodzi. Zwyczajnie chyba uciążliwa jest dla mnie (egoistycznie!) ta świadomość. Trudno wyłączyć tą funkcję pomijania faktów, stosowania niedopowiedzeń, bo coś nie powinno się pojawić. Nie ważne. Powiem tak. Każdy kto jeździ naszą a-vistą, a więc mikroautobusem w 30 tysięcznym mieście, wie że jeśli chce wysiąść, musi wstać. Inaczej pan kierowca, który jest najczęściej jedynym człowiekiem w autobusie oprócz Ciebie, nie zatrzymuje się. Więc wstajesz, on hamuje, wysiadasz. Niektórzy wybierają też opcję, która zawsze trochę mnie przeraża, a więc z  końca autobusu wydziera się z emerytowanej krtani przeciągłe „wysiadam!” z nutą pośpiechu i jakiejś niepewności. Lepiej w każdym razie wstać… System był niezawodny, aż do dziś. Jak można zamyślić się na krótko przed Bankiem Zachodnim w dzień taki jak dziś? Akurat w taki? Normalnie. Dwie przecznice dalej powód mojego zamyślenia przestał mieć znaczenie. Dodatkowe 15 minut w deszczu. To było globalnym utrapieniem w tamtej chwili. Ja, ciemna ulica i miliony kropel deszczu. Ich towarzystwo było tak wszechobecne, że jakoś ukryło melancholijną samotność. Niewiele nam trzeba. Wystarczą kalosze i parasol i już nam dziecinnie wszystko jedno. Tylko kilka pustych faktów. Chłopak z psem, który ciągnie do domu, woli trzymać mocz do rana, niż moknąc . Zapach z cukierni. Zamkniętej około 5 godzin temu. Czemu deszcz go nie pochłonął? Pewnie pachniało dla mnie. Migająca latarnia. Pani w sklepie pozwala donieść 30 groszy jutro. I ma katar. I jedna myśl. Wspomnienie z godzin popołudniowych. Ta zamknięta cukiernia naprzeciwko ratusza. Zamknięta jakby złośliwie, dając mi boleśnie do zrozumienia, że wszystko prędzej czy później się kończy. Tylko dlaczego zakończenia bywają tak nielogiczne? Przecież sernik domowy jedzony właśnie tam w tajemnicy przed całym światem smakował naprawdę dobrze. Może to nie koniec. Może tylko remont. A jeśli koniec, to pozostaje mi tylko sprawdzić czego dotyczy nieskończoność i przemilczeć całą resztę, której się nie udało.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz