No ja lubię pisać. Osoba, z którą łączy mnie jakaś na tyle
głęboka zażyłość, że zdarza jej się odgadnąć o czym myślę patrząc na wyraz
mojej twarzy, każe pisać mi częściej. Nasze relacje wskazują w tym temacie
zagadkową sprzeczność. Z jednej strony musi mnie wspierać, z drugiej nie może kłamać.
W końcu wychodzi na to, że nic nie wiadomo, ale piszę. Może trochę błąd, że tu.
Stronę odwiedzają powiedzmy 2, może 3 osoby, w dodatku główni bohaterowie
mojego życia. Może i nie jest to najbardziej kasowy film ostatniej dekady, ale
nie o to się rozchodzi. Zwyczajnie chyba uciążliwa jest dla mnie
(egoistycznie!) ta świadomość. Trudno wyłączyć tą funkcję pomijania faktów,
stosowania niedopowiedzeń, bo coś nie powinno się pojawić. Nie ważne. Powiem
tak. Każdy kto jeździ naszą a-vistą, a więc mikroautobusem w 30 tysięcznym
mieście, wie że jeśli chce wysiąść, musi wstać. Inaczej pan kierowca, który
jest najczęściej jedynym człowiekiem w autobusie oprócz Ciebie, nie zatrzymuje
się. Więc wstajesz, on hamuje, wysiadasz. Niektórzy wybierają też opcję, która
zawsze trochę mnie przeraża, a więc z
końca autobusu wydziera się z emerytowanej krtani przeciągłe „wysiadam!”
z nutą pośpiechu i jakiejś niepewności. Lepiej w każdym razie wstać… System był
niezawodny, aż do dziś. Jak można zamyślić się na krótko przed Bankiem Zachodnim
w dzień taki jak dziś? Akurat w taki? Normalnie. Dwie przecznice dalej powód
mojego zamyślenia przestał mieć znaczenie. Dodatkowe 15 minut w deszczu. To
było globalnym utrapieniem w tamtej chwili. Ja, ciemna ulica i miliony kropel
deszczu. Ich towarzystwo było tak wszechobecne, że jakoś ukryło melancholijną samotność.
Niewiele nam trzeba. Wystarczą kalosze i parasol i już nam dziecinnie wszystko
jedno. Tylko kilka pustych faktów. Chłopak z psem, który ciągnie do domu, woli trzymać
mocz do rana, niż moknąc . Zapach z cukierni. Zamkniętej około 5 godzin temu.
Czemu deszcz go nie pochłonął? Pewnie pachniało dla mnie. Migająca latarnia.
Pani w sklepie pozwala donieść 30 groszy jutro. I ma katar. I jedna myśl.
Wspomnienie z godzin popołudniowych. Ta zamknięta cukiernia naprzeciwko ratusza.
Zamknięta jakby złośliwie, dając mi boleśnie do zrozumienia, że wszystko prędzej
czy później się kończy. Tylko dlaczego zakończenia bywają tak nielogiczne? Przecież
sernik domowy jedzony właśnie tam w tajemnicy przed całym światem smakował
naprawdę dobrze. Może to nie koniec. Może tylko remont. A jeśli koniec, to
pozostaje mi tylko sprawdzić czego dotyczy nieskończoność i przemilczeć całą
resztę, której się nie udało.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz