A teraz przemyślenia na temat przyjaźni pt.
”Przykazanie jedenaste: nie ufaj”
Czasami poznajemy ludzi i myślimy sobie: „Ależ klawy gość! Ależ będziemy ciąć w brydżyka! Ależ będziemy przyjaciółmi!”. I jest potem wyśmienicie. Pod warunkiem, że nasze zasady moralne nie wykonają moralnego salta i nagle przyjaźń nie okaże się dla nas czymś ważniejszym niż brydżyk. No więc mamy hipotetyczną sytuację A. Wszystko klarowne i jasne.
Hipotetyczna sytuacja B. Mamy przyjaciela. To już coś! Zwróćmy uwagę, że w takim wypadku pomijany jest cały etap zdobywania przyjaciela i inne. Już go mamy. Mamy go od tak dawna, że już nawet nie pamiętamy jak do tego doszło. Masa wspomnień. Nawet nie masa, a lawa, bo wspomnienia wciąż żywe i zawsze jakieś takie bujne i wspaniałe. Jak to się kiedyś piło piwo i jadło kabanosy, jak to się sobie robiło żarty i niespodzianki, a jak to w szkolnej ławce było, ile śmiechu, ile się przeszło wspólnie, ile rzeczy wkurzało i było się z kim tą frustracją podzielić, ile to razy wypłakało się łzy w rękawy nawzajem i chłonęły one te łzy jak żadne inne rękawy, ile się razem rozwiązało problemów, ile wycieczek przejeździło, ile kilometrów przeszło, ile luźnych dygresji, ulubionych piosenek, wspólnych filmów, wymawiania jednocześnie tych samych słów, jednomyślność, spojrzeniem przekazywanie strumienia informacji jakich inni nie wysłowią. Z taką osobą to już inaczej. Staje się ona Twoją częścią. Jeśli masz lat 20, a znasz ją przypuśćmy od podstawówki, to jakby nie patrzeć połowa życia razem. Wydaje Ci się, że wiecie o sobie wszystko, jesteście na dobre i na złe. Nagle zmienia się wasze położenie. Życiowa sytuacja diametralnie się przekształca. Ktoś kogoś ma, poznajecie się w innych okolicznościach. Nagle Twój przyjaciel okazuje się być kimś kogo nie znasz. Kimś zimnym, albo niewdzięcznym. Siadasz któregoś dnia i robisz bilans. I uświadamiasz sobie, że odkryłeś w tej osobie cechy, które do niej nie pasują (tak ci się teraz wydaje), których się nikt nie spodziewał. Zaczynasz kopać w przeszłości. I nagle okazuje się, że nigdy nie usłyszałeś od tej osoby nic miłego na swój temat. Żadnych górnolotnych stwierdzeń typu „jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi”, nic z tych rzeczy. Żadnego „potrzebuję cię”. Nic. Po prostu tak sobie trwaliście przez te pół życia i było i śmiesznie i smutno. I jak się okazuje pusto. Jaką podjąć decyzję kiedy tracicie kontakt? Kiedy widzisz, że komuś tak do bólu nie zależy? Kiedy wydaje ci się, że ktoś kto był ci najbliższy cieszy się z twoich porażek? Co jeśli wspólne przebywanie sprawia, że się dusisz, a jesteś do niego zmuszony? Wyjaśniać sprawę czy uwolnić się za wszelką cenę? Wyrzucić pół życia do kosza? Część samego siebie? Kogoś z kim nawzajem się kształtowałeś? To wydaje się zbyt brutalne. Ryzykowne – przecież to sprawi, że zostaniemy bezwzględnie sami, bez tej osoby na zawsze, bo nie należy do typu, który przychodzi i prosi o drugą szansę, czy proponuje ją (żeby było bardziej „na równi”, nikt nie lubi się płaszczyć). Teraz nie jesteśmy sami pozornie – decyzja nie zapadła, więc wydaje nam się, że jakby co, to dawny stan rzeczy może wrócić. Z drugiej strony po co utrzymywać coś, co już nie działa i niewiadomo czy kiedykolwiek było dwustronne, coś co spada na samo dno przy najmniejszych problemach. Nie odzywanie się bez powodu to poziom szkoły podstawowej. Ludzie uwielbiają mówić, że ktoś „ma taki charakter”. Czemu ten cholerny przywilej przysługuje nielicznym? Jak robię głupio, milczę bez powodu, jestem mściwa, niemiła, cokolwiek to po prostu źle o mnie świadczy. O niektórych mówi się wtedy „taki ma charakter”. A co to ma niby znaczyć?! Jeżeli komuś na kimś zależy, to potrafi przeskoczyć swoje własne słabości, a nawet pokonać dużo innych przeszkód. Zwalanie wszystkiego na charakter, to stanie w miejscu. Każdy z nas jest inny, jeśli znamy się długo, to powinnyśmy to wiedzieć. Więc może czas przestać myśleć, że jeśli coś trwa długo, to trochę szkoda to kończyć. Na świecie jest tak dużo ludzi. Nie można kierować się przeszłością, ani tym bardziej nią żyć. Jeśli ktoś doprowadzi was do szału, albo do skurczy w żołądku na myśl o bliższym kontakcie, przestańcie myśleć jak to naprawić. Pomyślcie o tym jak to zakończyć jeśli to ta druga osoba nie postanowi tego naprawić. Dlaczego tak? Bo taki macie charakter. Od dziś.
Sytuacja hipotetyczna C. Przyjaciele na złe. Pojawia się w waszym życiu przyjaźń czystej postaci. Bez typowej dla przyjaźni damsko-damskiej konkurencji, czy jak to nazwać? Jakiegoś głęboko zakorzenionego instynktu, zawiści w przypadku kłótni. Ktoś kryształowy, z twardymi zasadami, mający na wszystko odpowiedź i racjonalne rozwiązanie. Nie ważne ile się znacie, inwestujecie w tę przyjaźń wszystkie swoje najlepsze cechy, bo wydaje wam się że w imię tego warto. Nie ma żadnych kłamstw, niedopowiedzeń, niedomówień, dwuznaczności. Spotkania napawają wiarą w tę przyjaźń, w drugą osobę, w przyjaźń w ogóle, jako zjawisko w przyrodzie. O ile na początku wszystko się układa, o tyle w pewnej chwili sypie się absolutnie. Na długi okres. Dlaczego? Nie wiadomo. I teraz co jest w tym niekorzystne. Otóż kiedy całkowicie się komuś zawierza i wydaje się nam taka osoba receptą na każdy problem, lekiem na całe zło, posiadaczem siły, która nas uchroni, utrata powoduje kataklizm. Nagle kiedy dzieje się coś złego nie mamy się do kogo z tym zwrócić. Ale dzieje się niemalże cud, bo oto zjawia się nasz przyjaciel w drzwiach z ogłoszeniem, że wszystko naprawimy, że będzie świetnie, poradzimy sobie. I przeżywamy renesans. Decydujemy się po raz drugi, już z lekkim poczuciem ryzyka, na zaufanie zupełne. Znowu sprawdzamy się nawzajem w różnych sytuacjach. W dotrzymywaniu słowa, w powierzaniu tajemnic, w nocnych wizytach. I nagle olśnienie. Jesteś kimś, kto jest potrzebny tylko kiedy jest źle. I oto przychodzi w życiu naszego przyjaciela dobry czas, a przyjaźń znika. Nie jesteśmy osobą, z którą dzieli się radości. Jesteśmy naprawiaczem świata i to dość marnym. W zasadzie jedynie miejscem, w którym można się względnie wygadać. Apelujemy więc, że czemu to tak? Kiedyś tak nie było, nie chcę być tylko na złe. Przyjaźń jest na dobre i na złe. I zapada decyzja. Okazuje się, że nie potrzeba nas już w ogóle. Do wspólnego śmiania się nie jesteśmy potrzebni, są do tego inni, przychodzić tylko wtedy kiedy jest źle nagle zrobiło się jakoś głupio. I uświadamiamy sobie, że ktoś nie jest zainteresowany naszymi problemami i radzi sobie bez nas równie dobrze co z nami, o ile nie lepiej. Możemy sobie wtedy naszą chęć pomocy wsadzić gdzieś głęboko. Ale zaraz! Przecież nam też nic się nie stało, świat kręci się dalej. Więc da się. Pozostaje tylko gdzieś ten żal, że zaryzykowało się kiedyś stwierdzenie „najlepszy przyjaciel” jakoś zbyt pochopnie i może to gdzieś tam boli, szczególnie kiedy powodów milczenia nie ma, po prostu „tak wyszło”.
Sytuacja hipotetyczna D. Przyjaciele tylko na dobre. Tego na szczęście nie doświadczyłam, ale zaobserwowałam. Dzieje się coś, co przykuwa was do łóżka, albo do czegokolwiek innego i okazuje się nagle, że to wasze łóżko jest w domu, do którego nie sposób dotrzeć. Ale jak już wydobrzejecie, wszystko będzie po staremu!
Sytuacja hipotetyczna E. Przyjaciel inna fala. Kiedy dzieje się coś złego, potrzebujemy pomocy, albo kiedy chcemy iść na piwo – można zadzwonić. Nie wiemy jaki jest jego ulubiony kolor, czy jak ma na drugie imię. Co więcej, kompletnie nas to nie interesuje.
Sytuacja hipotetyczna F. Przyjaciel prawdziwy. Brak danych, prawdopodobnie gatunek wymarły.
Sytuacja hipotetyczna G. Ludzie z przeszłości. Odzyskiwanie kontaktu dziwna rzecz. Wsiada się w tramwaj numer 8 i wehikuł czasu sprawia, że na śródmieściu czeka na nas jakaś dawna, dobrze kiedyś znana twarz. I to trochę jak otwarcie szafy i odnalezienie czegoś kiedyś ulubionego, czego nie widziało się parę lat. Nie żałuje się tych paru lat, bo ani się nie tęskniło, ani nie szukało. Dobrze jednak jest to znaleźć. Zabawnie widać po ludziach z przeszłości jak się zmieniają i jednocześnie pozostają tacy sami. Tysiąc rzeczy jest absolutną odwrotnością czasów dawnych, a pozostałe tysiąc to taki dobrze znany teren. Dobrze mieć ludzi z przeszłości. Na swój sposób. Trzeba umieć ich mieć, to nie łatwe.
Dodam tylko, że tak naprawdę żadna sytuacja nie jest hipotetyczna. Zanim komuś zaufacie zastanówcie się trzy razy. Zawsze trzeba się starać radzić sobie z częścią rzeczy samemu, bo osoba na której polegamy może niespodziewanie i boleśnie zniknąć. Trzeba umieć płakać samemu i śmiać się samemu. Oby nigdy nie trzeba było, ale na wszelki wypadek – trzeba umieć. Nie można obnażać się ze swoimi słabościami. Jakkolwiek coś nam się nie wydaje idealne, zawsze będzie próba, której nie przejdzie. Bo tak po prostu jest. Popełniamy błędy. Dlatego nam samym ludzie również nie powinni ufać w pełni. Nie nadajemy się do tego jako gatunek. Nawet jeśli wszystko będzie się świetnie układać, to prędzej czy później wasi przyjaciele znajdą sobie mężów, żony i kochanki i odejdziecie w zapomnienie. Nie każdy potrafi godzić miłość z przyjaźnią.
Kiedy ktoś za łatwo sobie was odpuszcza nie gońcie tej osoby. Przezwyciężcie tęsknotki, ciągotki, siłę wspomnień. Ciężkie to wszak zadanie, zarówno w miłości jak i w przyjaźni ludzie zawsze ciągną do niedostępności, gonią za kimś kto ich rani, daje im swoimi czynami w mordę, gonią jakby chcieli po chrześcijańsku nadstawić drugi policzek. W rzeczywistości krzyczą o zmianę. Lubią mieć udział misji naprawczej. Chcą wierzyć, że są ważni, że jest jakaś wzajemność uczuć, albo chociaż cień na nią szansy. Mam nawet na ten fatalny defekt fraszkę:
Wszak w ludzkiej naturze leży
uwarunkowanie głupie,
że nam najbardziej zależy
na tych co mają nas w dupie.
Może to nie Sztaudynger, ale jakąś smutną prawdę z nutką ironii niesie mam nadzieję. Morał? Tnijcie w brydżyka, z problemami dacie sobie radę. Jeśli komuś nie zależy nie ma na to żadnej siły. Więc trudno. Jak to mawiało się w dobrych podstawówkach: nie to nie, łaski bez.