wtorek, 21 lutego 2012

56.

     Muszę to napisać w końcu. Fortepian występuje ostatnio w mym życiu pod hasłem "najsubtelniejszego instrumentu na świecie" (zaraz po nim flet poprzeczny - żartuję). Jakie to jest piękno w najczystszej postaci. Taki prawdziwy, duży fortepian, który stoi tak wpółotwarty. Niby można mu zajrzeć do środka, ale tak trochę zdaje się, że nie wypada. Wszystkie 88 dźwięków. Można i ciszej i głośniej, nie jak na tych wszelkiego rodzaju elektrycznych substytutach. I mój pan od fortepianu potrafi go używać należycie. Wepchnięty siłą w rzeczywistość o tej nieszczęsnej 13:30, siada, dotyka klawiszy i mojej duszy jednocześnie. I ma się wrażenie, że mógłby tak bez końca. Jakby nic nie istniało. Jakby słowa nie miały racji bytu, bo wszystko zapisane jest w melodii. Nagle jego cielesność ulatuje, pozostaje tylko stan ciekłej kawalkady dźwięków, które płyną w nicość lub w wieczność (zakładając że te zjawiska różnią się czymkolwiek). Pasja. Jeśli tylko można by było stać się tego częścią, być pięknem samym w sobie, bez zbędnych formalności Być historią, którą można opowiedzieć do końca, bądź przerwać. Historią, którą można opowiadać wielokrotnie, interpretować na tysiące sposobów. Być chociaż jednym taktem, chociaż jedną nutą, chociaż jedną pauzą...
    Dlatego czuję się winna każąc słuchać komuś takiemu mojego wykonania gamy c-dur (znanej w szkole podstawowej pod szyldem "do re mi fa sol la si do"). Jednak nie ma innej drogi. Podobno w życiu nie ma być lekko, łatwo i przyjemnie. Rzeczy wartościowe i piękne są trudne. Mam nawet na to przykład prosto z wykładu z filozofii: "Dziewczyna jest łatwa i idzie z panem do łóżka, to pomimo że przyszło to panu lekko i było bardzo przyjemnie - żoną pana nie będzie". Może ten cytat to trochę brutalne zejście na ziemię po tej "dźwięcznej wędrówce". Tak czy inaczej im więcej dajemy z siebie tym więcej do nas wraca. Brzmi to absolutnie logicznie.
    Jednym z ewidentnych dramatów ludzkiej egzystencji jest kończenie książki. Skończyć książkę to trochę umrzeć. Czujemy zawsze pod palcami nieuchronny koniec, zmniejszający się stos stron, ale tempo zamiast zwalniać - narasta. Zawsze jest końcowy szok i pytanie "jak to koniec?!". Nawet jeśli wszystko jest perfekcyjnie spójne, nie pozostawia złudzeń i nie dałoby się już nic dopisać, to jednak nie wiemy gdzie się podziać. Nie lubię tylnych okładek. Zawsze tracę na ich widok grunt pod stopami i nie wiem co robić dalej. Dobrze, że książki mi się nigdy nie skończą. Przeczytać wszystkie możliwe książki - to dopiero byłaby śmierć.
  

niedziela, 19 lutego 2012

55.

 Muzycznie. Dziś magiczny wieczór z muzyką i winem i jakimś takim optymizmem. Trochę rozpamiętywaniem tego co dobre i smutkiem na rzeczywistość. To taki stan kiedy się patrzy-nie patrzy. Kiedy się widzi coś więcej niż stół, pomieszczenie, widok za oknem, miasto, świat.To moment kiedy się widzi ludzkie dusze, ideał słów i krótkich chwil. Świadomość, że nic się nie liczy. Stan nieważkości.

    Dawanie jest takie cudowne. Kiedy się widzi czyjąś taką prostą i piękną radość - to uskrzydla.  Nie ma nic ponad rzeczy dotykające czyichś tęsknot i wspomnień. Nic.

    Muzycznie polecam "Pamiętam ten dzień". Dwupłytowy album z nieznanymi wykonaniami, niekiedy bardzo znanych piosenek. Śpiewa Czesław Niemen. Niezależnie od tego czego się słucha, co się preferuje, pewne rzeczy są niezmienne. Ich nieznajomość czyni nas uboższymi. Potężny głos. Piosenki pełne przeszłości i pięknych słów. POTĘŻNY głos. Album to niepodważalny dowód na geniusz. Są utwory francuskie, rosyjskie, oczywiście polskie ("Mimozami jesień się zaczyna" czyli "Wspomnienie" Tuwima, jeden z najpiękniejszych wierszy popularnych). Jest nawet jodłowanie! Bukiet dźwięków, słów i wzruszeń. Na wieczór. Do wina. Do wspomnień.




I bez
Czasem stoi się w tłumie
i się nic nie rozumie
i nikogo się nie zna, choć żal,

Czasem samemu w swej dumie,
siedzi się gdzieś w zadumie
propozycje wbijając na pal.

Potem powie ktoś z nagła:
"Żebyś czasem nie padła!",
bo słyszeli o tobie nie raz

Że ty jesteś zażarta,
w nienawiści uparta,
a twe serce, to całkiem jak głaz.

Albo też przyjdzie heretyk
i złej woli dietetyk
i nadzieją będzie cię kłuł,

Że jest przyjaźń i miłość,
że się wiele zmieniło
i ci ramę przyprawi do kół.

I gdy przyjaciół tracisz,
beczysz jakby ktoś za to płacił,
a to melodia jest z tęsknot i łez.

Potem cisza znacząca
i ta pewność bez końca
że będzie wiosna i przyjaźń i bez.

środa, 15 lutego 2012

54.

Ponieważ dzień był wyjątkowo okrutny, dodam dwa pozytywne akcenty. Ich marginalność powinna udowadniać jak zły był dzień. Zawsze jednak jest coś dobrego. Wystarczy otworzyć oczy. O ile teraz w to nie wierzę, o tyle jutro otworzę je na nowo.

                                            Pani choinka, co na balkonie
                                            Siedzi dziś sobie w śniegu tonie.
                                           (Czeka na wiosnę i zasadzenie
                                           W doniczce bardzo marzną korzenie.) 


                                  Panie z importu. W kolorze zimy, wspomnieniach słońca.


Z kultury. Polecam film "Artysta". Zupełnie inny klimat. Film niemy, to coś zupełnie niespotykanego przy dzisiejszych możliwościach. Idziemy raczej w technologię niż w oldschool. O ile fabuła dość prosta i przewidywalna, to jednak nie tandetna. Jest prosta, bo taka po prostu ma być. Reżyseria zasługuje na nagrodę. Zdjęcia piękne i czarno białe (!). Film uwalnia od otaczającego nas szumu, huku towarzyszącego superprodukcjom, pośpiechu w którym żyjemy. Dwie godziny czytania ludzkich gestów. Brak dialogów pozwala skupić się na muzyce, która jest swoją drogą przepiękna. Okazuje się, że bez towarzyszącej dzisiejszym czasom dosłowności, tłumaczenia zachowań, bez rozmów bohaterów potrafimy odgadnąć wszystko. Zupełnie inny wymiar kina. Niekoniecznie każdemu musi się to podobać, ale nie można odmówić odwagi (czarno-biały, niemy film w dzisiejszych czasach) i kreatywności reżyserowi. Aktorzy urzekają zarówno pogodą ducha, uśmiechem, jak i mową ciała. Najbardziej rozczulającą "postacią", co może się wydać zabawne, jest pies!
Mam jeszcze cytat, w sumie kompletnie nie kluczowy. Żeby też dużo nie zdradzać, powiem tak: było w filmie pokłócone małżeństwo. W końcu kobieta przyszła ze łzami w oczach i mówi"Powiedz coś, nie widzisz, że cierpię?!" na co on odpowiedział jej "są nas miliony". Trochę z przesłaniem, żeby nie patrzeć tylko na siebie.

A dlaczego pies?

http://www.youtube.com/watch?v=Yao13CA62mc&feature=relmfu :)

wtorek, 7 lutego 2012

51.

Humaniści, wy to powinniście wiedzieć, oraz rola przypadku.

    Zacznę o pogodzie, co by się rozgrzać (o ironio). W dużym mieście mało śniegu, ale to i dobrze. Komunikację miejską przytłoczyły wystarczająco te poranne trzy centymetry. Zima w Kłodzku to zupełnie co innego. Wszędzie blisko, więc nie marznie się zbyt długo we wszystkich ewentualnych „przejściach”. Przez wszelkie okna za to zima wygląda bajkowo. I śniegu dużo i ludzi mało, więc nie zadeptany i nie, jak to się mówi, breja. Jednak bardziej niż za Kłodzką zimą tęsknię do słońca.
   Co jest ratunkiem dla humanisty studiującego ekonomię? Obowiązkowe przedmioty humanistyczne! Przyniósł mi je drugi semestr. Mimo złej pogody i mimo może nie złej, ale na pewno jakiejś lekko obrażonej passy, staram się nie tracić ducha. Ten mróz chyba musi mnie kosztować dużo energii, tak przypuszczam, bo skoro nawet mój telefon się poddaje i rozładowuje w tempie błyskawicznym, to czego tu wymagać od człowieka. Nowy semestr jest semestrem porannym, co jest mi i na rękę i na nie rękę. Fajnie wstać rano, wrócić wcześniej, mieć świadomość, że się czasu nie marnuje. Jednak o 7 rano mam na ten temat absolutnie odmienne zdanie i chętnie zmarnowałabym jeszcze trochę czasu na sen na przykład. Jako pierwsza humanistka ratować moją ekonomiczną egzystencję miała socjologia. Komunikacja miejska zawiodła. Po raz pierwszy ona mnie, a nie ja ją. I tak oto pocałowałam klamkę. Pan od socjologii, najwyraźniej z jakichś socjologicznych pobudek, o których jeszcze nie mam zapewne pojęcia, wyzamykał się punkt ósma na klucz i wraz z tym wydarzeniem, wykład się dla mnie skończył. Tak czy inaczej doszukując się dobrych stron, mogę powiedzieć, że gdyby nie on, nigdy nie wybrałabym się w -13 stopni o 8:00 na poranną kawę i prasówkę, ot co.
    Życie się nami bawi. I to, mam wrażenie, bawi się całkiem nieźle. Czasami wydaje mi się, że ktoś siedzi i ciężko pracuje w Departamencie do Spraw Przypadku i Zbiegów Okoliczności. I że ta praca daje mu dużą satysfakcję. Sprawia, że np. wykupujemy rejs po Nilu i spotykamy na pokładzie statku starego znajomego,  osobę poznaną w pociągu w drodze na koncert widzimy w środku kilkutysięcznego tłumu tuż obok siebie. Zapewne w takim momencie owy pracownik obserwuje naszą minę (a przynajmniej ja robiłabym tak na jego miejscu) i jest z siebie bardzo dumny. Takie rzeczy się zdarzają, nie wiedzieć czemu. I tak właśnie pisząc nie dalej, jak przedwczoraj o brydżu i przyjaźni przychodzę na wykład z filozofii. I słyszę o przyjaźni i brydżu. Pan K. okazuje się być niezłym oryginałem z poczuciem humoru, do którego nie każdy ma dystans i z dużą wiedzą. Naświetlił wiele ciekawych rzeczy i o ile to nie budowanie dobrego pierwszego wrażenia, to może się okazać bardzo wartościowy.
   Po pierwsze wytknął błędne nastawienie młodych ludzi, które swoją drogą moim zdaniem nie jest ich winą, a jedynie odzwierciedla głęboko zakorzenione w nas podejście. Choć unikam spraw ogólnopaństwowych, to tutaj są właściwym przykładem. Problemem w nas jest choćby „polskość”. O ile w domu może być różnie – temat postrzegany bardziej modernistycznie, bardziej konserwatywnie, lub nie poruszany w ogóle, o tyle szkoła nas kształtuje w określony sposób. Polskość występuje jako rozpamiętywanie. Pławimy się w dawnych sukcesach, lub górnolotnie wałkujemy odwieczną martyrologię narodu. Uzyskujemy dzięki temu szacunek do ojczyzny i jakąś względną wiedzę historyczną. Zapomina się jednak o kształtowaniu nas przyszłościowym. I tu pan filozof K. słusznie zauważa, że „nasza mentalność jest zorientowana na przeszłość¸ zamiast na przyszłość”. Wiemy, że ważne jest jak walczyli o wolność, jak cierpieli, co tworzyli, jakie daty powinniśmy upamiętniać należycie. Wszystko jasne. Pomija się natomiast kwestię naszej roli w społeczeństwie. To musimy sobie już jakoś wyważyć sami. Uświadomić sobie, że to my jesteśmy teraz „polskością”, a rozpamiętywanie dawnych czynów nie rozwija nas w najmniejszym stopniu. Posiadanie ideałów to jedno, ale właściwe wykorzystanie ich wpływu to już zupełnie co innego. Rzadko mówiono nam, że jesteśmy ważni, że jesteśmy przyszłością, że mamy siłę, że to my będziemy tworzyć nowości i rozwijać to, co pozostawili przodkowie. Fakt faktem gdzieś tam się przewinęła mickiewiczowska „Oda do młodości”, ale ogrom narodowych cierpień przykrył ją na tyle, że zostało z niej jedynie: „Młodości, Ty nad poziomy wzlatuj. Adam Mickiewicz, koniec cytatu.”. Trzeba nauczyć się patrzeć szerzej. Inną sprawą jest, że jako ludzka rasa lubimy rozpamiętywać i kiedy już brakuje nam sił, zwyczajnie zaczynamy żyć przeszłością, stąd zapewne przykład Pana K. : „Dziadek mówi do Babci: ‘Pamiętasz wczasy w Chorwacji 30 lat temu?! Łuuuhuu! Ach, to było!’ A teraz zostaje mu tylko serial. Ogląda go i ryczy. ”. Tyle tylko, że dla nas nie wszystko stracone. Jesteśmy młodzi, jeszcze wiele można, co Pan K. potwierdza w słowach: „Nie wierzcie tym, którzy wam mówią, że wielkie ideały nie są do pogodzenia z codziennym życiem. Nie bójcie się marzyć! Porzućcie zdrowy rozsądek – dwudziestolatkom z nim nie do twarzy. Póki jesteście młodzi, póki macie siły, buntujcie się!” Może to banał, ale naprawdę - wystarczy chcieć. A propos marnowania życia przypomina mi się tu jeszcze cytat z książki Andrzeja Poniedzielskiego i Magdy Umer, a brzmi on tak: „Różnimy się też wszyscy zainteresowaniem pytaniem – na ile tego życia nie przegapić. Jeden wyznaje filozofię ZEŃ – czyli „mam życie i korzystam zeń”. Inny gotów jest swój żywot streścić –
Żyłem, żyłem
Żyłem
Żyłem
Miałem już
Życiu – rzucić się na szyję
Patrzę – a ja już nie żyję”. Poniedzielskiego uwielbiam za te brutalne prawdy ubrane w żarty. Myślę, że powinniśmy być zwolennikami pierwszej filozofii. Po prostu korzystać z życia tu i teraz.
    Duże kontrowersje wzbudziło w czasie wykładu nakłanianie przez Pana K. do zerwania z dawnym życiem. Radzi całkowicie nie oglądać się w przeszłość (mówi tu o sytuacji pójścia na studia): ”zerwać dawne przyjaźnie, rozstać się z tymi ludźmi, zrobić pauzę”. Na głosy sprzeciwu stwierdził, że oczywiście jeżeli ktoś kogoś bardzo lubi, to on do niczego nie zmusza, ale, że radzi kategorycznie skończyć z tym, co było. Zerwać przyjaźnie "powołując się na niego" - żartuje. Niczym się nie przejmować, mamy teraz inne zadania. Mamy wokół siebie bardzo dużo zupełnie nowych ludzi, z którymi warto nawiązać kontakt, co dawne znajomości utrudniają. Korzystać z życia właśnie teraz, bo potem już nie będzie okazji. Nie myśleć, że będzie się szaleć po studiach, bo: „znajdziemy sobie męża albo żonę i będziemy mieć tylko ją/jego. Teraz koło nas siedzi co najmniej pięć takich osób”. Żarty jak wiadomo żartami, ale jest w nich pewne przesłanie. Faktycznie mamy teraz duże możliwości i wbrew pozorom dużo czasu. Głupio z tego należycie nie korzystać, bo często później mamy sami do siebie żal, albo też żal do innych, Pan K. ironizuje: „Nie udało się życie. Kto winny? Komuniści, pederaści, rowerzyści... Co bardziej wyrafinowani, nawet łączą, mówiąc, że winni są pederaści na rowerach.”. W rzeczywistości żal będziemy mogli mieć tylko do siebie. Jeśli chcemy czegoś spróbować, czegoś się nauczyć, coś odkryć – teraz jest na to najlepszy czas. Nie można odkładać. Teraz siejemy, później nie będzie na to szansy. Przyjdzie czas na zbiory. Więc, znów cytując Pana K.: ”Patrzcie wokół – jest się przeciwko czemu buntować. Zacznijcie od siebie – zrewidujcie dotychczasowe przyzwyczajenia, przewietrzcie głowy, znajdźcie w sobie odwagę, podnieście poprzeczkę. A potem dalej – spójrzcie z kim przestajecie, jak spędzacie wolny czas, co czytacie co oglądacie.”. Musimy sami kreować siebie, nie iść za tłumem, nie bać się działać inaczej niż wszyscy, robić coś na swój sposób.
    Pozostaje obiecana kwestia brydża, a więc Pan K.: „Niedawno zapytałem studentów, kto z nich gra w brydża. Okazało się, że zaledwie kilku. Łza się w oku kręci na myśl o czasach, kiedy znajomość tej szlachetnej gry była wyznacznikiem przynależności do elity”. Chciałam tylko powiedzieć, że z tym brydżem ostatnio, to ja nie wiedziałam! Tak czy inaczej, pasuje do kontekstu. Miałam rację – tnijcie w brydżyka! Bądźcie elitą!
    Jak widać Pan K. mnie trochę podkusił do grubszych wywodów, ale też jakoś tak pozytywnie nastroił. Dlatego też się tym dzielę. Może obudzi to w kimś życiową energię. Życzę miłego wieczoru!


             Polecam w przypadku kiedy pan od socjologii zamknie drzwi na klucz.
              Choć polecam też bez okazji - na zimę taką jak nasza.

 W odpowiedzi na ostatni komentarz - wiersz, zamieszczam odpowiedź na komentarz - też wiersz:

***
Często po dogodnym spaniu,
kiedy myśli świeże błądzą,
zmieniam zdanie o ufaniu
- inne prawa już nim rządzą.


Znów zaufać? - strach się budzi,
a tu ciągle życiem życie.
Wielu jest na świecie ludzi -
wniosek prosty, mianowicie:


Winien wiedzieć nawet berbeć,
że niż w sobie się zadufać,
czasem lepiej mocno cierpieć,
ale mimo wszystko ufać.

Ten przyjaciel twój miniony,
co narobił dziur w twym niebie,
musi zostać zastąpiony 
kimś kto zszyje je dla ciebie

Jeśli zaś prosi o litość -
ta prośba musi coś znaczyć.
Potęgą nie jest bezwzględność.
Potęga, to umieć wybaczyć.

niedziela, 5 lutego 2012

50.

A teraz przemyślenia na temat przyjaźni pt. ”Przykazanie jedenaste: nie ufaj”

    Czasami poznajemy ludzi i myślimy sobie: „Ależ klawy gość! Ależ będziemy ciąć w brydżyka! Ależ będziemy przyjaciółmi!”. I jest potem wyśmienicie. Pod warunkiem, że nasze zasady moralne nie wykonają moralnego salta i nagle przyjaźń nie okaże się dla nas czymś ważniejszym niż brydżyk. No więc mamy hipotetyczną sytuację A. Wszystko klarowne i jasne.
  
    Hipotetyczna sytuacja B. Mamy przyjaciela. To już coś! Zwróćmy uwagę, że w takim wypadku pomijany jest cały etap zdobywania przyjaciela i inne. Już go mamy. Mamy go od tak dawna, że już nawet nie pamiętamy jak do tego doszło. Masa wspomnień. Nawet nie masa, a lawa, bo wspomnienia wciąż żywe i zawsze jakieś takie bujne i wspaniałe. Jak to się kiedyś piło piwo i jadło kabanosy, jak to się sobie robiło żarty i niespodzianki, a jak to w szkolnej ławce było, ile śmiechu, ile się przeszło wspólnie, ile rzeczy wkurzało i było się z kim tą frustracją podzielić, ile to razy wypłakało się łzy w rękawy nawzajem i chłonęły one te łzy jak żadne inne rękawy, ile się razem rozwiązało problemów, ile wycieczek przejeździło, ile kilometrów przeszło, ile luźnych dygresji, ulubionych piosenek, wspólnych filmów, wymawiania jednocześnie tych samych słów, jednomyślność, spojrzeniem przekazywanie strumienia informacji jakich inni nie wysłowią. Z taką osobą to już inaczej. Staje się ona Twoją częścią. Jeśli masz lat 20, a znasz ją przypuśćmy od podstawówki, to jakby nie patrzeć połowa życia razem. Wydaje Ci się, że wiecie o sobie wszystko, jesteście na dobre i na złe. Nagle zmienia się wasze położenie. Życiowa sytuacja diametralnie się przekształca. Ktoś kogoś ma, poznajecie się w innych okolicznościach. Nagle Twój przyjaciel okazuje się być kimś kogo nie znasz. Kimś zimnym, albo niewdzięcznym. Siadasz któregoś dnia i robisz bilans. I uświadamiasz sobie, że odkryłeś w tej osobie cechy, które do niej nie pasują (tak ci się teraz wydaje), których się nikt nie spodziewał. Zaczynasz kopać w przeszłości. I nagle okazuje się, że nigdy nie usłyszałeś od tej osoby nic miłego na swój temat. Żadnych górnolotnych stwierdzeń typu „jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi”, nic z tych rzeczy. Żadnego „potrzebuję cię”. Nic. Po prostu tak sobie trwaliście przez te pół życia i było i śmiesznie i smutno. I jak się okazuje pusto. Jaką podjąć decyzję kiedy tracicie kontakt? Kiedy widzisz, że komuś tak do bólu nie zależy? Kiedy wydaje ci się, że ktoś kto był ci najbliższy cieszy się z twoich porażek? Co jeśli wspólne przebywanie sprawia, że się dusisz, a jesteś do niego zmuszony? Wyjaśniać sprawę czy uwolnić się za wszelką cenę? Wyrzucić pół życia do kosza? Część samego siebie? Kogoś z kim nawzajem się kształtowałeś? To wydaje się zbyt brutalne. Ryzykowne – przecież to sprawi, że zostaniemy bezwzględnie sami, bez tej osoby na zawsze, bo nie należy do typu, który przychodzi i prosi o drugą szansę, czy proponuje ją (żeby było bardziej „na równi”, nikt nie lubi się płaszczyć). Teraz nie jesteśmy sami pozornie – decyzja nie zapadła, więc wydaje nam się, że jakby co, to dawny stan rzeczy może wrócić. Z drugiej strony po co utrzymywać coś, co już nie działa i niewiadomo czy kiedykolwiek było dwustronne, coś co spada na samo dno przy najmniejszych problemach. Nie odzywanie się bez powodu to poziom szkoły podstawowej. Ludzie uwielbiają mówić, że ktoś „ma taki charakter”. Czemu ten cholerny przywilej przysługuje nielicznym? Jak robię głupio, milczę bez powodu, jestem mściwa, niemiła, cokolwiek to po prostu źle o mnie świadczy. O niektórych mówi się wtedy „taki ma charakter”. A co to ma niby znaczyć?! Jeżeli komuś na kimś zależy, to potrafi przeskoczyć swoje własne słabości, a nawet pokonać dużo innych przeszkód. Zwalanie wszystkiego na charakter, to stanie w miejscu. Każdy z nas jest inny, jeśli znamy się długo, to powinnyśmy to wiedzieć. Więc może czas przestać myśleć, że jeśli coś trwa długo, to trochę szkoda to kończyć.  Na świecie jest tak dużo ludzi. Nie można kierować się przeszłością, ani tym bardziej nią żyć. Jeśli ktoś doprowadzi was do szału, albo do skurczy w żołądku na myśl o bliższym kontakcie, przestańcie myśleć jak to naprawić. Pomyślcie o tym jak to zakończyć jeśli to ta druga osoba nie postanowi tego naprawić. Dlaczego tak? Bo taki macie charakter. Od dziś.
  
    Sytuacja hipotetyczna C. Przyjaciele na złe. Pojawia się w waszym życiu przyjaźń czystej postaci. Bez typowej dla przyjaźni damsko-damskiej konkurencji, czy jak to nazwać? Jakiegoś głęboko zakorzenionego instynktu, zawiści w przypadku kłótni. Ktoś kryształowy, z twardymi zasadami, mający na wszystko odpowiedź i racjonalne rozwiązanie. Nie ważne ile się znacie, inwestujecie w tę przyjaźń wszystkie swoje najlepsze cechy, bo wydaje wam się że w imię tego warto. Nie ma żadnych kłamstw, niedopowiedzeń, niedomówień, dwuznaczności. Spotkania napawają wiarą w tę przyjaźń, w drugą osobę, w przyjaźń w ogóle, jako zjawisko w przyrodzie. O ile na początku wszystko się układa, o tyle w pewnej chwili sypie się absolutnie. Na długi okres. Dlaczego? Nie wiadomo. I teraz co jest w tym niekorzystne. Otóż kiedy całkowicie się komuś zawierza i wydaje się nam taka osoba receptą na każdy problem, lekiem na całe zło, posiadaczem siły, która nas uchroni, utrata powoduje kataklizm. Nagle kiedy dzieje się coś złego nie mamy się do kogo z tym zwrócić. Ale dzieje się niemalże cud, bo oto zjawia się nasz przyjaciel w drzwiach z ogłoszeniem, że wszystko naprawimy, że będzie świetnie, poradzimy sobie. I przeżywamy renesans. Decydujemy się po raz drugi, już z lekkim poczuciem ryzyka, na zaufanie zupełne. Znowu sprawdzamy się nawzajem w różnych sytuacjach. W dotrzymywaniu słowa, w powierzaniu tajemnic, w nocnych wizytach. I nagle olśnienie. Jesteś kimś, kto jest potrzebny tylko kiedy jest źle. I oto przychodzi w życiu naszego przyjaciela dobry czas, a przyjaźń znika. Nie jesteśmy osobą, z którą dzieli się radości. Jesteśmy naprawiaczem świata i to dość marnym. W zasadzie jedynie miejscem, w którym można się względnie wygadać. Apelujemy więc, że czemu to tak? Kiedyś tak nie było, nie chcę być tylko na złe. Przyjaźń jest na dobre i na złe. I zapada decyzja. Okazuje się, że nie potrzeba nas już w ogóle. Do wspólnego śmiania się nie jesteśmy potrzebni, są do tego inni, przychodzić tylko wtedy kiedy jest źle nagle zrobiło się jakoś głupio. I uświadamiamy sobie, że ktoś nie jest zainteresowany naszymi problemami i  radzi sobie bez nas równie dobrze co z nami, o ile nie lepiej. Możemy sobie wtedy naszą chęć pomocy wsadzić gdzieś głęboko. Ale zaraz! Przecież nam też nic się nie stało, świat kręci się dalej. Więc da się. Pozostaje tylko gdzieś ten żal, że zaryzykowało się kiedyś stwierdzenie „najlepszy przyjaciel” jakoś zbyt pochopnie i może to gdzieś tam boli,  szczególnie kiedy powodów milczenia nie ma,  po prostu „tak wyszło”.
  
    Sytuacja hipotetyczna D. Przyjaciele tylko na dobre. Tego na szczęście nie doświadczyłam, ale zaobserwowałam. Dzieje się coś, co przykuwa was do łóżka, albo do czegokolwiek innego i okazuje się nagle, że to wasze łóżko jest w domu, do którego nie sposób dotrzeć. Ale jak już wydobrzejecie, wszystko będzie po staremu!
  
    Sytuacja hipotetyczna E. Przyjaciel inna fala. Kiedy dzieje się coś złego, potrzebujemy pomocy, albo kiedy chcemy iść na piwo – można zadzwonić. Nie wiemy jaki jest jego ulubiony kolor, czy jak ma na drugie imię. Co więcej, kompletnie nas to nie interesuje.
  
    Sytuacja hipotetyczna F. Przyjaciel prawdziwy. Brak danych, prawdopodobnie gatunek wymarły.
   
    Sytuacja hipotetyczna G. Ludzie z przeszłości. Odzyskiwanie kontaktu dziwna rzecz. Wsiada się w tramwaj numer 8 i wehikuł czasu sprawia, że na śródmieściu czeka na nas jakaś dawna, dobrze kiedyś znana twarz. I to trochę jak otwarcie szafy i odnalezienie czegoś kiedyś ulubionego, czego nie widziało się parę lat. Nie żałuje się tych paru lat, bo ani się nie tęskniło, ani nie szukało. Dobrze jednak jest to znaleźć. Zabawnie widać po ludziach z przeszłości jak się zmieniają i jednocześnie pozostają tacy sami. Tysiąc rzeczy jest absolutną odwrotnością czasów dawnych, a pozostałe tysiąc to taki dobrze znany teren. Dobrze mieć ludzi z przeszłości. Na swój sposób. Trzeba umieć ich mieć, to nie łatwe.
 
      Dodam tylko, że tak naprawdę żadna sytuacja nie jest hipotetyczna. Zanim komuś zaufacie zastanówcie się trzy razy. Zawsze trzeba się starać radzić sobie z częścią rzeczy samemu, bo osoba na której polegamy może niespodziewanie i boleśnie zniknąć. Trzeba umieć płakać samemu i śmiać się samemu. Oby nigdy nie trzeba było, ale na wszelki wypadek – trzeba umieć. Nie można obnażać się ze swoimi słabościami. Jakkolwiek coś nam się nie wydaje idealne, zawsze będzie próba, której nie przejdzie. Bo tak po prostu jest. Popełniamy błędy. Dlatego nam samym ludzie również nie powinni ufać w pełni. Nie nadajemy się do tego jako gatunek. Nawet jeśli wszystko będzie się świetnie układać, to prędzej czy później wasi przyjaciele znajdą sobie mężów, żony i kochanki i odejdziecie w zapomnienie. Nie każdy potrafi godzić miłość z przyjaźnią.
Kiedy ktoś za łatwo sobie was odpuszcza nie gońcie tej osoby. Przezwyciężcie tęsknotki, ciągotki, siłę wspomnień. Ciężkie to wszak zadanie, zarówno w miłości jak i w przyjaźni ludzie zawsze ciągną do niedostępności, gonią za kimś kto ich rani, daje im swoimi czynami w mordę, gonią jakby chcieli po chrześcijańsku nadstawić drugi policzek. W rzeczywistości krzyczą o zmianę. Lubią mieć udział misji naprawczej. Chcą wierzyć, że są ważni, że jest jakaś wzajemność uczuć, albo chociaż cień na nią szansy. Mam nawet na ten fatalny defekt fraszkę:

Wszak w ludzkiej naturze leży

uwarunkowanie głupie,

że nam najbardziej zależy

na tych co mają nas w dupie.

Może to nie Sztaudynger, ale jakąś smutną prawdę z nutką ironii niesie mam nadzieję. Morał? Tnijcie w brydżyka, z problemami dacie sobie radę. Jeśli komuś nie zależy nie ma na to żadnej siły. Więc trudno. Jak to mawiało się w dobrych podstawówkach: nie to nie, łaski bez.