poniedziałek, 28 maja 2012

63.

 

 26.05.2012r.:


      Nie można uciekać wiecznie. Od niczego. W czasie ucieczki ciągle o tym wiedziałam i ta myśl mnie spowalniała, aż w końcu potrząsnęła mną na tyle, że musiałam się zatrzymać. Moje miasto kąpało się w słońcu i chłodziło w chmurach. Było ładnie, jakby pogoda w ogóle nie miała nic do rzeczy. Najtrudniejsza decyzja w moim życiu. Najgorszy dzień. Najcięższa noc. Najpiękniejsze pożegnanie na świecie.
     Wiele dziś zrozumiałam. To jak bardzo jestem zagubiona, dlaczego tak jest i to jak bardzo się zmieniłam. Dawno nie byłam w domu. Miałam okazję popatrzeć z innej perspektywy na wszystko co się ostatnio dzieje. Na rzeczywistość, w której jestem. Rzeczywistość, w której nie ma na nic czasu, w której trzeba działać szybko, przez co ludzie przestają odróżniać dobro od zła. Nie wierzą w piękne rzeczy. Na niewielu rzeczach im zależy, a najczęściej w zasadzie tylko na jednym. Jak ma się szczęście, to trafia się na kogoś, kto przynajmniej próbuje to ubrać w ładne słowa. Ludzie ukrywają tu pod pozorną pewnością siebie to, co ich boli. Nie chcą nikogo do siebie dopuścić, boją się że zacznie im zależeć, boją się zobowiązań, uczuć, bycia zranionym. Boją się zaryzykować, nawet jeśli coś jest warte ryzyka. Najmniejsza linia oporu. Łatwo. Za łatwo. Źle jest się tu znaleźć. Źle jest tu tkwić. Traci się nadzieję, że istnieją ludzie wyjątkowi, przed którymi warto cokolwiek odkryć, pokazać siebie, którym warto ufać. Tu nie ma uczuć. Zawsze chciałam być dobra, robić rzeczy właściwe i ważne, nadawać wszystkiemu znaczenie. Teraz nie wiem kim jestem. Wszystko jest bez znaczenia. Dlatego nie lubię tego miasta.
      Podjąć decyzję i wiedzieć, że się ją podjęło to jedno. Wypowiedzieć ją głośno to już zupełnie co innego. Wiedzieć, że będzie przez to cierpiał ktoś, kto w najmniejszym stopniu na to nie zasługuje. Ktoś ważny. Ktoś komu nie chce się zadawać bólu. Jak to zrobić, kiedy żaden sposób nie jest lepszy niż inny.
     Tak dawno nie miałam tego poczucia, że znam kogoś na pamięć, że jest bezpieczny, że wiem co myśli, kim dla niego jestem. Tak trudno odejść. Wszystkim się wydaje, że osobie która odchodzi nie jest trudno. Kiedy jest. Czułam pod palcami skórę, błądziłam po niej jakby nie chcąc ominąć żadnego szczegółu. Jakbym bała się, że jak tylko się od niej oderwę zapomnę jaka jest, stanie się obca, coś mi umknie. Te dobrze znane dłonie, które wiedzą czego mi trzeba. I usta. Usta bez pośpiechu. Czułe. Ile jest intymności w najdrobniejszych gestach, które normalnie byłyby bez znaczenia, kiedy wie się, że są ostatnie. 
    Tak bardzo się boję to wszystko odrzucić, zostawić. W imię czego? W imię samotności, która niewiele daje w zamian. Udowodnienia sobie, że można inaczej, że potrafię stawić czoło rzeczom, których najbardziej się boję i potrafię to zrobić sama. Żeby się odnaleźć. Żeby nie wybierać tego, co bezpieczne, tylko dlatego że tak wygodniej. Możliwe, że kiedyś stwierdzę, że dzień, w którym podjęłam tą decyzję, to dzień, w którym okazałam się najgłupsza na świecie. Na tą chwilę wiem, że tak muszę. Wiem, że robię dobrze. Podejmuję ryzyko. Nie wiem co będzie i czy to co będzie jest tego warte. Jestem sama. Na własne życzenie. Nigdy nie czułam się słabsza i silniejsza jednocześnie.
    Podobno płaczę najpiękniej na świecie. Dementuję plotkę. Po około 45 minutach na twarzy pojawiają się czerwone plamy. Potem pęka mi głowa. Dobrze, że to metafora.
    Jestem wyczerpana. Kuje mnie serce. Na dobrą sprawę to znak, że ciągle jest na swoim miejscu. Tylko nie wiem czy daje mi znaki, bo jest na mnie złe w konkretnej sprawie, czy ogólnie ma mnie dość.

czwartek, 24 maja 2012

62.

Jedyne co tak w miarę lubię w tym mieście, to że czasami są spięcia na przewodach tramwajów. I wtedy tak sobie strzela. I wygląda ładnie. A tak poza tym, to nie bardzo tu lubię cokolwiek. Chyba że się trafi taki słoneczny dzień jak dzisiaj i można sobie beztrosko poleżeć, pochodzić po dachach. Dzień powrotu do życia. Dzień końca roku na uczelni.  Tylko że ostatnio zawsze po udanym dniu przychodzi smutny wieczór. Nie wiem czemu. Dziś też tak jest. Dziwnie mi wracać do domu. Dawno w domu nie byłam. Czym różni się to, jak mi źle tutaj z tym, jak mi źle w domu? Tym, że w domu mama zrobi obiad, a po obiedzie zawsze jest lepiej. Ciągle mi smutno, że mnie omija ta wiosna z kotliny. Tam wiosna jest najlepsza na świecie. Trzeba wrócić do domu.
      Dziwnie jest też wrócić na parkiet. Ale to jedyna zażyłość, co do której jestem pewna, że tęsknota była obustronna i jednakowo mocna. Tak mi tego brakowało. Myślałam, że po przerwie ciało będzie jakoś protestować, ale czuję się dobrze. Najwyższy wyraz tęsknoty ze strony ciała - czuję się wręcz lepiej. Tak mi tego brakowało. To jakby wyrzucić z siebie wszystkie problemy, jakby nie istnieć, albo istnieć w równoległej rzeczywistości, bez ludzi, zdarzeń, przyczyn i skutków. Wszystko jest muzyką i ciałem. W sali baletowej nie ma zegara. Nie ma czasu. Nie ma spokoju. Jeszcze tylko miesiąc i Bytom. Tak tęsknię niemożliwie za tymi ludźmi. Kiedy tańczą mają w sobie taką lekkość i harmonię, że są dla mnie w tym momencie najpiękniejszymi spośród ludzi. Potrafią przekazać wszystko bez słów. Jakby dotykali ideału istnienia, stawali się najlepszą wersją samych siebie i najlepszą wersją jaką człowiek może być w ogóle. Wychodzić z sali i nie mieć absolutnie na nic siły - jedyny rodzaj zmęczenia, który daje współmiernie dużo szczęścia.
    I bardzo się boję i bardzo sobie życiowo nie radzę. Też.
    I smutno mi. Bardzo. 

czwartek, 17 maja 2012

61.

Dzisiaj wszyscy są mili. Rzadko wszyscy są mili w taką pogodę. I jak Radzio skakał z radości, bo dostał piątkę, to nawet Pani Ola, która założę się, nie przepada za swoją pracą, pomyślała, że w gruncie rzeczy fajne z nas dzieciaki. Przede wszystkim zawsze chcę być sobą. Jeśli macie zamiar milczeć z tego powodu - to milczcie. Nie wolno ciągle myśleć o tym, co na nasze zachowanie powiedzą inni. Trzeba robić tak, jak się czuje. Czasami potem bywa smutno, bo wydawałoby się że już na wyciągnięcie ręki było poczucie bezpieczeństwa. Ktoś nas od siebie odsuwa. Nie szkodzi.  Lubię czasem samotne wieczory. Jest całkiem przyjemnie. Wiem, że mogłoby być tysiąc innych wersji dzisiejszej nocy, ale wcale nie jest mi tego żal. Dziwnie jest mieć aż tak dobry dzień. Wracałam do domu i aż wszystko wisiało w powietrzu. Niebo było zachmurzone, ludzie się uśmiechali. Tylko czekać aż stanie się coś złego. Ale wciąż żyję. Daję sobie radę. Oddycham. Mogę robić co chcę. Gdybym tylko wiedziała czego chcę...

sobota, 12 maja 2012

59.


     Dokładnie wiem jakie procesy zachodzą w mojej głowie. Co próbuję czym zastąpić, co wlewam w ogarniającą mnie momentami pustkę. Dokładnie wiem, że widzę rzeczy i ludzi nie takimi jakie są naprawdę, ale takimi jakie sama je dla siebie stworzyłam. Wiem jak bardzo mydlę sobie oczy i wiem czym to robię. I tylko czasami mi przykro, bo tkwię w tym za głęboko i w końcu prędzej czy później przypominam sobie po raz kolejny na nowo, że ludzie są do niczego, mimo że nie tak planowałam.
    Są momenty, w których nie potrzebuję ani jednego spojrzenia, żadnego gestu, nie chcę pomocy. Kiedy dokładnie wiem którędy iść i jak najlepiej to zrobić. Serce bije w lekkim przyspieszeniu, ale mimo wszystko miarowo. Jestem i to jedyne czego jestem pewna. Poruszam się. Ciągle. Nie chcę i chyba nie potrafię się zatrzymać. Przede wszystkim nie chcę. Dlatego nie przeszkadza mi, że nie potrafię.
    Są też takie momenty, w których wchodzę na szczyty kobiecości. Wtedy wymagam objęcia ochroną. Jestem słaba, bezradna i bezładna. Bezmyślna i lekkomyślna jednocześnie. Wtedy serce często przyspiesza na wyobrażenie jakiegoś krótkotrwałego obrazu szczęścia, faktury cudzej skóry, głębi cudzych oczu, delikatności cudzych gestów. Daję się oszukać i robię to specjalnie.
    Jestem nicością rozciągniętą pomiędzy dwoma skrajnościami, nie potrafiącą wybierać, pozbawioną jednoznaczności. Jestem trudna i nie potrafię się pojąć. Paradoksalnie kiedy ktoś staje na mojej drodze pustka wewnątrz mnie jedynie się powiększa. Muszę iść.