czwartek, 24 maja 2012

62.

Jedyne co tak w miarę lubię w tym mieście, to że czasami są spięcia na przewodach tramwajów. I wtedy tak sobie strzela. I wygląda ładnie. A tak poza tym, to nie bardzo tu lubię cokolwiek. Chyba że się trafi taki słoneczny dzień jak dzisiaj i można sobie beztrosko poleżeć, pochodzić po dachach. Dzień powrotu do życia. Dzień końca roku na uczelni.  Tylko że ostatnio zawsze po udanym dniu przychodzi smutny wieczór. Nie wiem czemu. Dziś też tak jest. Dziwnie mi wracać do domu. Dawno w domu nie byłam. Czym różni się to, jak mi źle tutaj z tym, jak mi źle w domu? Tym, że w domu mama zrobi obiad, a po obiedzie zawsze jest lepiej. Ciągle mi smutno, że mnie omija ta wiosna z kotliny. Tam wiosna jest najlepsza na świecie. Trzeba wrócić do domu.
      Dziwnie jest też wrócić na parkiet. Ale to jedyna zażyłość, co do której jestem pewna, że tęsknota była obustronna i jednakowo mocna. Tak mi tego brakowało. Myślałam, że po przerwie ciało będzie jakoś protestować, ale czuję się dobrze. Najwyższy wyraz tęsknoty ze strony ciała - czuję się wręcz lepiej. Tak mi tego brakowało. To jakby wyrzucić z siebie wszystkie problemy, jakby nie istnieć, albo istnieć w równoległej rzeczywistości, bez ludzi, zdarzeń, przyczyn i skutków. Wszystko jest muzyką i ciałem. W sali baletowej nie ma zegara. Nie ma czasu. Nie ma spokoju. Jeszcze tylko miesiąc i Bytom. Tak tęsknię niemożliwie za tymi ludźmi. Kiedy tańczą mają w sobie taką lekkość i harmonię, że są dla mnie w tym momencie najpiękniejszymi spośród ludzi. Potrafią przekazać wszystko bez słów. Jakby dotykali ideału istnienia, stawali się najlepszą wersją samych siebie i najlepszą wersją jaką człowiek może być w ogóle. Wychodzić z sali i nie mieć absolutnie na nic siły - jedyny rodzaj zmęczenia, który daje współmiernie dużo szczęścia.
    I bardzo się boję i bardzo sobie życiowo nie radzę. Też.
    I smutno mi. Bardzo. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz