Tak sobie właśnie siedzę z tym moim bilansem w ludziach "minus dwa" i myślę, że napiszę do mojego bloga - psychoterapeuty. W gruncie rzeczy to jest 'super sprawa' (niegdyś częsty idiom w moim życiu, łorewa). Nie dość, że jest psychoterapeutą darmowym, to jeszcze nie zadaje zbędnych pytań. Myślę sobie, czy nie minęłam się z powołaniem. Mogłam zostać jakąś fryzjerką albo czymś w tym guście, ale o tym to dopiero jutro się przekonam. Jak zwykle zostawiam wszystko na ostatnią chwilę, a potem trzeba przez to spełniać wiele różnch nieoczekiwanych funkcji. No ale jakoś to będzie.
piątek, 27 stycznia 2012
piątek, 20 stycznia 2012
48.
Względem samopoczucia. Nie, nie czułam się nigdy gorzej. Przychodzi taki dzień, w którym ma się świadomość jak bardzo się jest ‘nikim’. Niezwykle depresyjny tydzień. Zaiste, niezwykle. Któż to sobie ze mną pozwala tak poczyniać? Hohoho. Wyborny test! Czasami mówiłam o innych, że są gównem, a teraz tak patrzę, że sama też nim poniekąd jestem (poniekąd dodałam tak dla pocieszenia). Może i miałam wcześniej gdzieś przebłyski, ale podobno swojego smrodu się nie czuje, więc tkwiłam w tej gównianej nieświadomości. Nie mam pojęcia co zmienić. To znaczy jakieś tam pojęcie mam, ale nie jest to gwarancja zmiany na lepsze, a za byle jaką zmianę, to ja bardzo dziękuję. Więc tak, faktycznie się męczę, nie jestem na swoim miejscu można powiedzieć i w ogóle wszystko inne to też prawda. I myślę, że co pierwszy człowiek w moim wieku ma takie odczucia. No może co drugi. Więc jak jeszcze ktoś by chciał wiedzieć, czemu to ja – jednostka ewidentnie ukierunkowana humanistycznie (bez dwóch zdań wybitna) jestem na ekonomii, to już tłumaczę. Otóż tak, to prawda, jestem lepsza z polskiego, a poszłam w stronę matematyki. Bo się da. Bo Leonardo da Vinci był geniuszem w każdej dziedzinie, a ideały i wzorce trza mieć konkretne i porządne. Żarty żartami. Nie wiem czemu robię to co robię i nie rozumiem czemu robię to w tak kiepskim stylu. Ale a niech mnie i co mi tam. Powinnam pisać, tak słyszałam. No więc piszę. Muszę dodać, że jestem niezwykle kreatywna. Dzisiaj otrzymałam mmsa z Niagarą w tle i kanadyjskimi buziakami. Więc w ramach rewanżu udałam się do toalety, odkręciłam wodę w umywalce, zrobiłam sobie zdjęcie na tle strumienia i przesłałam za Atlantyk wraz ze złotą myślą brzmiącą tak: „Bo każdy ma taki wodospad, na jaki zasługuje”. Taki tam rodzinny żarcik.
Żeby jednak nie było tak zabawnie, to dodam tylko, że życiowo sobie absolutnie ostatnio nie radzę. Powrót do domu byłby zbawienny, gdyby nie fakt, że trzeba się podzielić informacjami z mojego życia, które definitywnie wpłyną niekorzystnie na wszelkie stosunki wewnętrzne i ogólnie panującą atmosferę.
Ale żeby z kolei też nie zasmucać szerokiego grona czytelników, to specjalnie dla wszystkich z dużym ciężarem życiowego utrapienia w postaci np. zawalonych studiów, uczucia że jest się gównem i tego typu rzeczy, przytoczę anegdotkę z mojego ulubionego mpk dotyczącą życia i problemów.
Dialog (dwóch mężczyzn, wiek ewidentnie studencki)
osoba A: -wiesz czego najbardziej się boję?
osoba B: - czego?
A: -że przychodzę na domówkę, jestem już w środku i okazuje się, że całe towarzystwo to pięciu hipsterów i ja i już nie mogę się wycofać.
B: -no to jest zawsze straszne...
Nie wiem czy aby tylko mi, czy może wam też takie historie śnią się po nocach i skrapiają czoło potem i pot czołem. Głównie dlatego ja osobiście źle sypiam. A co dopiero przeżyć coś takiego naprawdę. Istny koszmar. Piekło. Dlatego zawsze kiedy wydaje wam się, że wasze problemy są nie do przejścia, że gorzej być nie może, przypomnijcie sobie o tych biednych bohaterach mojej anegdotki i o ich życiowych bataliach ze złem tego hipsterskiego świata. Oni marzą o tym żeby mieć czas na myślenie o takich błahostkach jak pytania typu „co zrobić ze swoim życiem”.
Swoją drogą w autobusie była też kobieta, której na wejściu musiałam się przyjrzeć przez dobre kilka sekund żeby zidentyfikować płeć, z takim leniwym uśmiechem. Takim, co to się z nim czasami każdemu zdarzy wsiąść w autobus. Takim, co to jest niezatartym jeszcze wspomnieniem jakiegoś miłego drobiazgu, który przydarzył się w ciągu dnia. Albo czasami, jak ma się więcej szczęścia, to nawet nie drobiazgu. I tak patrzyłam na nią, ja i to całe moje przygnębienie, i myślałam sobie, że jest taka nieświadoma, że za parę dni nasze role się odwrócą . Muszą się odwrócić. Zawsze się odwracają. I będziemy jechać, i ona nagle taka cała w depresji, a ja cała w skowronkach. Może nie dosłownie my dwie, ale no chodzi generalnie o tę przyrodniczą równowagę i o to że po złym dobre i na odwrót i o inne filozoficzne bzdury... Tak już na marginesie całkiem, ta postać generalnie była dość przerażająca. Z tej puli, co ma się wrażenie, że nie bez powodu wysiadają na tym samym przystanku co my i oglądamy się około trzech razy za siebie czy przypadkiem za nami nie idzie. Ale nie szła. I jeszcze tylko mogę dodać, że lubię piątkowe noce, bo można nie spać tak bez konsekwencji. Nadrobić w sobotę. W sobotę nie wstawać.
i w podziękowaniu za almost jedyne wsparcie
***
W miejsce starych panów kłopotów,
przybyli dziś nowi.
I jest źle nie tylko kotu,
ale też kotowi.
Zjaw się, a nie będę się jeżyć,
ani nawet kulić ogona.
Wezmę tych panów w garść,
by ich zmierzyć
i (być może) pokonać.
Są też tacy, co na mnie konstruktywnie dużo krzyczą, aż do wyczerpania zapasów i pewnie będę znanym pisarzem z kupą znajomości. Dzięki nim.
Żeby jednak nie było tak zabawnie, to dodam tylko, że życiowo sobie absolutnie ostatnio nie radzę. Powrót do domu byłby zbawienny, gdyby nie fakt, że trzeba się podzielić informacjami z mojego życia, które definitywnie wpłyną niekorzystnie na wszelkie stosunki wewnętrzne i ogólnie panującą atmosferę.
Ale żeby z kolei też nie zasmucać szerokiego grona czytelników, to specjalnie dla wszystkich z dużym ciężarem życiowego utrapienia w postaci np. zawalonych studiów, uczucia że jest się gównem i tego typu rzeczy, przytoczę anegdotkę z mojego ulubionego mpk dotyczącą życia i problemów.
Dialog (dwóch mężczyzn, wiek ewidentnie studencki)
osoba A: -wiesz czego najbardziej się boję?
osoba B: - czego?
A: -że przychodzę na domówkę, jestem już w środku i okazuje się, że całe towarzystwo to pięciu hipsterów i ja i już nie mogę się wycofać.
B: -no to jest zawsze straszne...
Nie wiem czy aby tylko mi, czy może wam też takie historie śnią się po nocach i skrapiają czoło potem i pot czołem. Głównie dlatego ja osobiście źle sypiam. A co dopiero przeżyć coś takiego naprawdę. Istny koszmar. Piekło. Dlatego zawsze kiedy wydaje wam się, że wasze problemy są nie do przejścia, że gorzej być nie może, przypomnijcie sobie o tych biednych bohaterach mojej anegdotki i o ich życiowych bataliach ze złem tego hipsterskiego świata. Oni marzą o tym żeby mieć czas na myślenie o takich błahostkach jak pytania typu „co zrobić ze swoim życiem”.
Swoją drogą w autobusie była też kobieta, której na wejściu musiałam się przyjrzeć przez dobre kilka sekund żeby zidentyfikować płeć, z takim leniwym uśmiechem. Takim, co to się z nim czasami każdemu zdarzy wsiąść w autobus. Takim, co to jest niezatartym jeszcze wspomnieniem jakiegoś miłego drobiazgu, który przydarzył się w ciągu dnia. Albo czasami, jak ma się więcej szczęścia, to nawet nie drobiazgu. I tak patrzyłam na nią, ja i to całe moje przygnębienie, i myślałam sobie, że jest taka nieświadoma, że za parę dni nasze role się odwrócą . Muszą się odwrócić. Zawsze się odwracają. I będziemy jechać, i ona nagle taka cała w depresji, a ja cała w skowronkach. Może nie dosłownie my dwie, ale no chodzi generalnie o tę przyrodniczą równowagę i o to że po złym dobre i na odwrót i o inne filozoficzne bzdury... Tak już na marginesie całkiem, ta postać generalnie była dość przerażająca. Z tej puli, co ma się wrażenie, że nie bez powodu wysiadają na tym samym przystanku co my i oglądamy się około trzech razy za siebie czy przypadkiem za nami nie idzie. Ale nie szła. I jeszcze tylko mogę dodać, że lubię piątkowe noce, bo można nie spać tak bez konsekwencji. Nadrobić w sobotę. W sobotę nie wstawać.
i w podziękowaniu za almost jedyne wsparcie
***
W miejsce starych panów kłopotów,
przybyli dziś nowi.
I jest źle nie tylko kotu,
ale też kotowi.
Zjaw się, a nie będę się jeżyć,
ani nawet kulić ogona.
Wezmę tych panów w garść,
by ich zmierzyć
i (być może) pokonać.
Są też tacy, co na mnie konstruktywnie dużo krzyczą, aż do wyczerpania zapasów i pewnie będę znanym pisarzem z kupą znajomości. Dzięki nim.
poniedziałek, 16 stycznia 2012
23
Z zaskoczeniem stwierdzam, że po kilku godzinach siedzenia z zasłoniętymi oknami wyszłam na balkon (to jeszcze nie to zaskoczenie) i okazało się, że pada śnieg (to już to). I tak myślę, że w sumie fajnie, ale gdzie był w święta to nie wiem. Po co to komu w czasie sesji i mając jutro na jakieś straszne rano. Moje drogie mpk pewnie przestanie przyjeżdżać przed czasem (do tego już doszło!) i może zacznę zdążać na cokolwiek. Wybiłam na tym balkonie trochę szarych komórek i już jestem spokojniejsza. Jak się ma taki wybitny umysł to trzeba go czasem okiełznać, ot co. Mroźne powietrze też było całkiem odpowiednie. Chociaż ciało wytoczyło mi protest, po jakichś 2 minutach było już względnie wychłodzone, więc wróciliśmy (ja i ciało). Myślałam, że napiszę, bo nawet kłębiło mi się sporo myśli, ale chyba je też wytłukłam. Nie piszę. W ogóle już nie piszę. Kiedyś wszystko było inaczej. Brakowało na to czasu, aż żal było, że to wszystko ucieknie jak się nie dorwie kartki. Nie wiem co ze mną. Jestem ostatnio nieudana życiowo. Nic nie idzie za dobrze. Nawet daruję sobie rozmowy z kimkolwiek, bo dziś zbyt dużo razy spudłowałam, jakoś jestem dziś jakby gdzie indziej niż reszta świata. Dużo rzeczy, które ostatnio wypełniały mnie, którymi żyłam, przejmowałam się, chciałam pomóc stały się dla mnie takie absolutnie obojętne. Jakby minęło od tego wszystkiego kilkanaście lat i wracają tylko jakieś tam wspomnienia. Są też stracone okazje. Kiedy mam na końcu języka jakiś wniosek, stwierdzenie, które byłoby dla kogoś dobre, ale druga osoba kompletnie nie jest gotowa tego przyjąć. I wiem, że to już będzie nie do odzyskania. I żałuję tej chwili za nas oboje. Bilans tygodnia? Czasami nie ważne ile się starasz i jak dużo pracy w coś włożysz- i tak nie wyjdzie. Teoretycznie wiem co się wtedy robi. Po prostu trzeba odpuścić i się nie poddawać. Jeśli jest źle, to znaczy, że za jakiś czas będzie dobrze. Tyle że w praktyce trochę to wszystko boli i ma się ochotę rzucić tym o ścianę i jechać w takie jedno miejsce w Polsce w okolicach Warszawy, jedyne, w którym cisza i spokój są bardziej potężne od burzy. I nic by nie było w tym złego, gdyby nie przekonanie, że nie będzie tak, że nagle pojawi się zapał i po powrocie, z nową energią wszystko tu sobie poukładasz. Wiem, że nie będzie się chciało wracać. Bilans tygodnia. A więc zawsze coś miłego jednak się zdarzy. Miły był pan ślusarz, na którego czekałam pięć godzin na korytarzu po tym jak okazało się, że ktoś próbował mi się włamać do mieszkania. Okazało się, że po pięciu godzinach nie ma śladu po łezce, która zakręciła się żwawo w mym oku na myśl o tym, że dnia następnego mam zaliczenie, na które miałam się właśnie uczyć. Ale włamanie to włamanie. Cóż począć. I tu pojawia się kwestia szczęścia. Otóż opowiadałam sytuację siostrze i użyłam stwierdzenia, że „mam pecha”, na co ona odpowiedziała mi „no co Ty! Masz szczęście! Przecież nie udało im się włamać”. No dobra, ale w takim razie co mają ludzie, którzy nie mieli nawet próby włamania i wrócili do domu jakby nigdy nic? Rutynę? Czy raczej szczęściem jest to, że to nie do Ciebie się włamują tylko do sąsiada? Kiedyś napiszę o szczęściu jakiś esej. Bilans tygodnia. Zdarza mi się pic moją kawę. Moja kawa to nie jest kawa w domu. Moja kawa to jak idę w miejsce to co zawsze i jest pan ten co zawsze. Chociaż kiedyś pana tam nie było, a kawa i tak była tam moja. Ale teraz pan jest, więc i kawa moja i pan też mój. No i to bardzo przyjemne, kiedy się przychodzi i ktoś Cię rozpoznaje. Coraz rzadziej się tak dzieje w dużych miastach. Ale mój pan w dredach zawsze oprócz kawy sprzedaje mi też uśmiech. Chociaż w sumie nie wiem czy to nie jest jakiś gratis. Za pięć pieczątek. Za zebranie 350 punktów. Albo może taki absolutny gratis. Przychodzę po okropnym dniu na moją kawę. I dostaję kubek, a tam serduszko wyrysowane w pianie. Dlatego lubię ludzi. Często jak chcą pomóc, to im nie wychodzi, ale za to nieświadomie podnoszą na duchu najpiękniej.
PS: Znalazłam kogoś w odpowiednim nastroju na dziś dla mnie! Tuwim.
PS: Znalazłam kogoś w odpowiednim nastroju na dziś dla mnie! Tuwim.
środa, 11 stycznia 2012
To dziwne uczucie, kiedy zaczyna się siedzieć bardzo po nocach (bardzo - bardziej niż zwykle, ma się rozumieć) i patrząc na zegarek stwierdza się, że "dopiero druga". Siedzenie samemu przez cztery dni w jednym pokoju wiele zmienia. Męczę się. Nie chcę tu być. Zaczynam nie chcieć tu być do kwadratu. Nigdzie się tu nie czuję dobrze. Ani na studiach, ani w domu. Wychodzenie rano to perspektywa pierwszego. Powroty perspektywa drugiego. Jeden fortepian nie ratuje sprawy. Czasami wolałoby się być samemu. Może i samotność nie jest rzeczą wspaniałą, nie oszukujmy się, ale też pozbawia możliwości zawodzenia się na ludziach. Są ci w jakiś sposób obojętni. Najgorzej jest uświadomić sobie, że parę miesięcy temu nie wyobrażalnym było życie bez kogoś. Walczyło się, żeby ktoś nie zniknął, nie zatarł się we własnych sprawach, nie był marginesem lecz trwał jako codzienność. I budzę się i przysięgam, że myślę, że wystarczyłaby mi kawa raz w miesiącu. Rozmowy o niczym. Czas nie stanowi o wszystkim. Warstw żalu jest już dużo, raczej nie do oderwania. Czas zwierzeń minął już nawet nie wiem kiedy. Wcale za tym nie tęsknię, aż sama się sobie dziwię. Każdy potrafi się otworzyć jeśli tylko chce. Okazuje się jednak, że kiedy odchodzą moje chęci, nie zostają już żadne. Więc wychodzi na to, że były same. Ale nie trzeba chyba nic dodawać. Bo czym mam sobie mydlić oczy, kiedy po tylu latach na stwierdzenie "Chcę wyjechać" dostaję odpowiedź "gdzie?". I ciszę...
Subskrybuj:
Posty (Atom)