środa, 12 października 2011
piję. z myślami się biję. odkryłam, że na skutek tych przemian, to nie was, tylko mnie nie ma. siedzę. owszem, piję zapytanie wasze wyprzedzę. odkryłam w przeciągu ostatnich dni, ze to nie nam źle, tylko mi. piszę. nie mam do kogo mówić, więc piszę. słów nie wypuszczam. po co maja psuć tę ciszę. nie płaczę. po co mi płacz? zastanowię się. zobaczę. policzki wilgotne? to dziwne... myślałam, że nie płaczę...
wtorek, 11 października 2011
15.
Wracałam do domu w bardzo bliskiej, acz nieprzyjemnej,
styczności z panem o nieprzeciętnym zapachu. Zastanawiałam się nawet przez
chwilę czy nie zwrócić pierogów pochłoniętych niewiele wcześniej w
barze słonecznym, ale byłam zbyt zmęczona żeby cokolwiek przeforsować w tej
sprawie. Ostatecznie pierogi zostały ze mną, pan na szczęście nie. Pewien stary
znajomy buntuje się, że chce rysunki. Zobaczę co da się zrobić. Czytałam dziś w
ogóle o buncie. W mojej burżujskiej uniwersyteckiej, nówce nie ścmganej,
otwartej miesiąc temu bibliotece. Jest tak burżujska, że nawet nie
można wypożyczać większości książek. Te z literkami A B i te z czerwoną
naklejką są tylko do wglądu tam przy stoliku. Zostają te z W, na które się nie
natknęłam. Ale i tak miałam przyjemne popołudnie. Dowiedziałam się m.in., że: „trzeba
znaleźć rację w sobie, jeśli nie można jej znaleźć nigdzie indziej”. Od Alberta
Camus się dowiedziałam. Jeszcze parę innych rzeczy mi podsunął. Jutro może
znowu pogadamy. Zacytuję jeszcze coś mądrego później, jeśli się uda.
poniedziałek, 10 października 2011
14.
Jeżdżę. Cały czas. W różnych porach. I stoję. I myślę i
dalej nie wiem gdzie ci wszyscy ludzie jadą, do cholery?! GDZIE jedzie grupa
niepowiązanych ze sobą babć w wieku lat siedemdziesięciu o godzinie 7:30 i
wcześniej? A gdzie jadą później? Dlaczego ludzie w pogodę taką jak dziś, w
wolny dzień, decydują się na nieustanne użytkowanie linii 612? A tak w ogóle,
to wolę dzieci. Ludzie nie są mili. Znaczy czasami są. Na przykład ja. Ale
często nie są. I aż głupio się do kogoś uśmiechnąć, bo ma się wrażenie, że
zapyta czemu się tak głupio cieszysz. Wiadomo, że i wśród dzieci trafi się
malkontent, któremu a to przeszkadza czapka, a to nie chce siedzieć, a to
właśnie chce siedzieć i jeszcze tysiące innych spraw ich świata. Ale. Jak już
się trafi na takie dziecko z tych radosnych, to jakoś lepiej się robi na sercu.
Zawsze się ma nadzieję, że mu już tak zostanie. Muszę przyznać, że takie
roześmiane pół metra, czy tam nawet mniej, potrafi silnie oddziaływać na
innych. Bo do dziecka to jakoś tak bardziej pasuje się uśmiechnąć dziewczynie,
starszej pani pocmokać i powydawać inne nieartykułowane dźwięki, dziadkowi
zdarzy się puścić oczko. W końcu jest pretekst do zaprzestania udawania
poważnego, dorosłego człowieka. Bo przecież to dziecko. I jakoś się lżej
jedzie. Dzisiaj na przykład jechał chłopiec z niebieskim balonem. W wieku
nieciekawym, bo wczesno podstawówkowym, a więc tym pełnym okrucieństwa i
złośliwości i przemądrzalstwa. No ale jechał sobie fajnie, aż nagle odkrył jak
cudowną muzyką jest pocieranie paluchami biednego balona. Balon skrzeczał i
jęczał i pół autobusu miało gdzieś tam pod jesiennymi kurtkami gęsią skórkę. Trochę
to trwało, pojawiały się grymasy na twarzy tych, co to zawsze potrzebują
wolnego miejsca i w ogóle nie lubią za bardzo. Nie wiadomo czego, ale widac, że
nie lubią. Mały przestał. Może i byłam po wykładach i innych tego typu
zmęczeniach, ale przebieg całego wydarzenia oceniam pozytywnie. Usłyszałam
ostatnio, że głównie bazgrzę i narzekam na tą całą ekonomię. Otóż muszę powiedzieć,
że Times New Roman to absolutnie nie bazgroły, ale pismo niemalże techniczne,
zgodne z wymogami unijnymi. Poza tym to takie narzekanie dla narzekania.
Prawdziwe piekło rozpęta się jak już nie zaliczę pierwszego semestru. Dziś
zresztą panowie prowadzący mieli zdecydowanie dobrą kondychę. Pan na
matematyce, po półtorej godziny wykładu na temat rzeczy niepojętych,
stwierdził, że skończył tłumaczyć, a jest jeszcze trochę czasu i… napisał na
tablicy TROCHĘ ZABAWY (chyba chciał nam dać trochę śmiechu na koniec), a
poniżej:
X= 4 3 + -2c 0 +
0 -2d
0 0 c
0 0
d
Itd. Wszystko oczywiście w dużych nawiasach i tak ogólnie
bardziej macierzowato. Było jeszcze kilka linijek, ale nie o to chodzi.
Chciałam tylko pokazać jak to w życiu się zmieniają zabawy. Przyszło mi do
głowy kilkanaście różnych pomysłów. Jak ciocia na imieninach wyciąga blok i
zamiast kalamburów wykonuje napis „trochę zabawy”, a pod nim jakieś układy
równań liniowych na przykład. Albo wodzirej na weselu. Wybiera chętnego z sali
do konkursu i mówi mu „pokażę panu sztuczkę”, aż tu nagle wyciąga mu zza ucha
kartkę A4 z napisem „trochę zabawy” i karze, dla tytułowej zabawy, rozwiązać zaistniałą
na kartce złożoną sytuację kombinatoryczną. Pomijając takie chrzanienie o
ciociach. Śmiechu było co nie miara! Zostało mi też trochę zabawy do domu, więc
jestem pełna zapału. Tak jak to bywa z dobrą zabawą. Dodam jeszcze, że
teoretycznie powinnam w tej chwili siedzieć na prawie, ale wolałam na tyłku.
niedziela, 9 października 2011
czwartek, 6 października 2011
13.
Co ja tam mogę. Nie znam się na życiu. Bo jak niby dobrze
komuś doradzić, kiedy samemu się nie wie co i jak ze sobą. Krople walą mi o
parapet. Zgodnie z przepowiednią. Miało zacząć padać w czwartek. I zaczęło. O
23:30, ale zawsze. Jakby w ostatniej chwili, byle by się sprawdziło. Są rzeczy
niewątpliwie smutne. Czas kiedy wszystko wydawało się proste skończył się
boleśnie. Nie żebyśmy się tego nie spodziewali. Po prostu, nie myśleliśmy o
tym, a jeśli już, to zawsze z uśmiechem i jakąś wielką siłą i energią
pomieszaną z nadzieją i wiarą, że przecież jak to nie będzie cudownie, jak
wiemy, że będzie. No a tu popatrz jaki żart życia. ŻŻ. Krople walą. Chociaż ten
parapet jakiś nie mój. W moim oryginalnym pokoju jakoś ciaśniej było, widok z
okna ten typowy, pod górkę droga, a w niej dziury i początek parku. I woda
spływała i zbierała się w dziurach i odbijała światło latarni. I pół człowieka
nie szło i nie stało. I pomarańcza na tamtym parapecie też miała się jakoś o
pół nieba lepiej. Nie powiem, że o całe, bo o wodzie do tej pory może tylko pomarzyć.
No sama nie wiem. A tak w ogóle to naprawdę myślałam, że my wszyscy to już
jakoś zawsze tak raczej razem. Że bez względu i bezwzględnie. Że przecież tacyśmy
zaprzyjaźnieni i nierozłączni. Ale życie to jest życie. Nie odzywać się dwa
miesiące? Nie ma problemu. Każdy chce się czuć ważny dla kogoś. Dlatego nam tak
ciężko. Bo jak już ktoś mówi ci w twarz, że mógłby bez ciebie już zawsze, że to
nie jest jakieś obowiązkowe i tak bezwzględne, jakim się wydawało, to jest tak
na wskroś przykro. Tak okrutnie niemiło. Tak jakby nagle się zatracać, nie widzieć
punktu zaczepienia. Przyjaźń i jej pochodne. Zawsze ktoś Cię zostawi. Chętnie i
na długo. Byle zabolało. A potem powie ci, że mógłby na zawsze, że cię nie
brakuje. Że pytanie o tęsknotę jest trudne. Oprócz innych, miłych i dobrych
rzeczy, te jakoś zapadają. Zapadają i nie wyjmiesz. I ta wątpliwość, czy to
jest do nadrobienia i na ile to szczere, a nie już jakieś zdradzieckie i dla
czyjejś korzyści. Na ile to już nie jest obóz wroga. Najgorsze jest to, że dla
innych potrafię trochę. I trochę za dużo. Że wybaczam, wracam i zabiegam.
Zamiast czekać. Dlaczego nie czekam? Bo wiem, że niektórzy nie przychodzą, albo
przychodzą i myślą, że to wystarczy. A skoro nie czekam, to może i nie mylą się
aż tak bardzo. Ludzie. Jednostki o skomplikowanym wzorze. Są też tacy wieczni i
trwali. Niosą w sobie ostatnio ryzyko zniknięcia. Ciężko wypośrodkować jakąś słuszność.
Trudność sprawia nie tyle wypowiedzenie tego, co moim zdaniem jest w tej
sytuacji najlepsze, ale odnalezienie właściwego rozwiązania przed samą sobą. Naprawdę
nie wiem co byłoby czy mogłoby być najlepsze. Zazwyczaj się to wie. Ma się
jakieś swoje, niekoniecznie słuszne, ale zawsze zdanie. Teraz nic. Bo co zrobić?
Kiedy ma się bliskich tak jakoś pół na pół bardziej i należałoby wybrać, to
musi być ciężko. Bo niby jak? Kto jest bardziej bliski, kto bardziej potrzebny…
Stwierdzić, że bez kogoś to w ogóle możemy żyć, a bez kogoś innego to już
raczej nie. Skąd my jesteśmy tacy bezwzględni, no ludzie. Nie wiem jak się to
wszystko robi. Nie wiem jak się żyje w zgodzie z samym sobą. Nie wiem gdzie szukać
tego, co nam potrzebne. Nie umiem doradzić. Ostatnio krzyczę, jestem drażliwa i
nie lubię siebie. Nie cierpię tej bezradności. Nie cierpię, że nie mogę obiecać,
że będzie dobrze. Nie potrafię po raz pierwszy. Wszystko wróciło niby na jakieś
tam dawne tory, ale kogo ja chcę oszukać… Cholernie miękkie serce staje się
jakby już nie do użytku. Przesadzono. Nie to nawet, że już nie umiem tak ufać.
Tak prosto, dziecięco i pięknie. Ja chyba już tak nie chcę. Nie to, że
ekonomia, ale jednak nie mam z tego zysku. A wręcz jestem stratna. Boli za
mocno. Obiecałam sobie, dość odważnie, że jeszcze jeden błąd ludzki skierowany
w moją stronę i wyjadę. Wiem, że mogę to zrobić. Zniknąć i nie być. Nie tutaj. I
wracać gdzie indziej do nie mojego okna i nie mojego biurka, popisać, ponarzekać
i położyć się spać. Wspomnieć o tym co było. Dwukrotnie. I żyć czym innym. Ostatnio
brakuje mi chwil. Nie tyle tych, w których jakoś tam rozmyślam, co tych, w
których mam czas i energię to uzewnętrznić. Nie tyle samotności, bo ona sama w
sobie ma niewiele do zaoferowania, ale kilku samotnych chwil. Takich na wskroś
pustych, co to nie trzeba mówić, patrzeć zbyt daleko i rozwarstwiać się, rozmieniać
na drobne. Takich co się siedzi i uśmiecha do samego siebie. Albo i nie
uśmiecha, ale przychodzą do głowy bzdury. I zbiera się siła na wiarę w lepsze
jutro. Jak jest… ? Nie ufam. Nikomu nie ufam. I kłamię, że
tego nie robię. Kłamię. Na okrągło.
12.
Czwartkowy poranek. Godzina 14:25. Zanim cokolwiek zrobię,
postanawiam zebrać myśli. Sama przed sobą głęboko pochwalam tę decyzję.
poniedziałek, 3 października 2011
11.
Nie wiem czy da się kogoś tak zmienić. Skąd pomysł? Jak 90%
osób mojego pokroju… A nie, moment, przecież jestem wyjątkowa… A więc… Jak 90%
dziewczynek w moim wieku, czuję się nieswojo i poniekąd nie na swoim miejscu i
w ogóle poniewczasie. Otaczają mnie ludzie jakby nie tyle, że trochę inni, co
całkowicie ode mnie różni. Tak do bólu. Studiuję nauki ściśle ścisłe, chociaż moje serce krzyczy, a
nawet i duszy zdarza się zapłakać. Przerażenie, o którym wspomniałam wczoraj
jakoś mimochodem, czując popołudniową wenę na jedno zdanie, odeszło. Pewnie czyha
w zakamarkach jam ciała. Mówią mi, że: „Najważniejsze w życiu są fakty i liczby”,
po czym uderzają ręką w stół, robią to nawet dwukrotnie (może dlatego, że nie ma odzewu
od nożyc). Co ja na to? Oczy otwieram trochę szerzej niż zwykle, choć nie tak
szeroko jak mogę w pełni. I myślę, że się nie dam. I że co oni tam wiedzą. I jeszcze im też trochę współczuję. Może dlatego, że nie współodczuwam. Faktem jest, że tam się nie
zadomowię. Na tej ekonomii. Bądźmy szczerzy – ekonomistą to ja nie będę. W
końcu mnie wyczują, otoczą i stłamszą. Pachnę im inaczej. Za mało jestem
logiczna i spójna, przejawiam skłonności do buntu, nie asymiluję się, nie daję pogłaskać,
ani oswoić. Może dlatego nie chcą mi wciąż dać legitymacji. Nie dam się. Nawet
macierze mają w sobie wiersze. Znajduję punkty zaczepienia, dwuznaczność słów,
przecieki humanizmu. Chwytam się ich rozpaczliwie, choćbym miała się poranić. Podobno
jako wybitny menager powinnam mieć skłonność do ryzyka. A więc muszę się pochwalić
– otóż posiadam! Halo, jestem na studiach tak matematycznych, że aż naprawdę
boli, otoczona ludźmi tak twardo stąpającymi po ziemi, że aż mi gdzieś giną gdy
spoglądam na nich sponad moich chmur. Stwierdziłam, że oprócz bełkotu, który tu nawet muszę przyznać,
że dość systematycznie uskuteczniam, może powinnam od czasu do czasu rzucić czymś
mądrzejszym niż mój chaos prywatny. Więc, jako że mam nie tylko sentyment, ale
też i nawyk, który wpoiła mi, i tu znów zaskoczenie, szkoła, oglądam tę czy tą
galę rozdania nagród Nike. Pierwsza niedziela października. Wygrał starszy pan,
mało płodny pisarz i bez przygotowanej mowy na okoliczność odbierania nagrody.
Na swój sposób ujmujący. Ale nie o nim chcę pisać. Żadnej z książek nominowanych
jeszcze nie czytałam. Przypomniała mi się za to przemowa zeszłorocznego
laureata i w sumie czemu nie, zacytuję. Po otrzymaniu statuetki oświadczył: „Wszystkim
przyjaciołom życzę, żeby zawsze czuli to, co czują dzisiaj, wszystkim wrogom
natomiast również życzę, żeby zawsze czuli to, co czują dzisiaj.”. Piękne.
Idealnie oddaje naszą naturę, którą tuszujemy uśmiechem, wraz z którym nie
śmieją się oczy. Nie oszukujmy się. Wróg to wróg. Życzy się mu źle, a jedyne co jest się w stanie dla niego zrobić, to udawać, że jest dokładnie odwrotnie. Przypomina mi się jeszcze „Śmierć czeskiego psa” Rudnickiego.
Kakao i dużo podśmiechiwań z całej tej abstrakcji owych opowiadań i absurdu
wydarzeń. I jeszcze fakt, że przyjemnie polecać, czytać jeden po drugim i móc rozmawiać
i wspominać. I że każdy co innego pamięta mocniej. Przyjemnie wspominam wieczory, jeszcze licealne, przy tej książce. Jakoś wyjątkowo przyjemnie. Już sama nie wiem jak to
jest ze zmianami w zakresie własnym. Taka trochę będzie kompozycja klamrowa, choc pewnie niejeden się już pogubił. Czy to tak, że jeśli się zmienić, to tylko
my sami przez siebie i dzięki sobie, czy to raczej jednak inni potrafią nas zmienić,
bo wytykają co trzeba bez ceregieli. Może zależy od chęci. Od tego jak bardzo
chcemy się zmienić, czy też od tego jak bardzo chcą nas zmienić inni. I na ile
temu komuś pozwalamy ingerować w bogactwo naszej duszy. Może nie zmieniamy się
wcale, a może robimy to bezustannie. A może to świat się zmienia, lub wszyscy
oprócz nas. A może ja już powinnam iść spać…
I jeszcze pees.Częściowo odzyskuję fragmenty
samej siebie zawarte w ludziach, którzy opuścili mnie na za długo. Częściowo się boję, że jestem mięczak i wybaczacz. Nie chcę zapeszać,
więc dogłębniej i z puentą innym razem. Wiem, że powtórzyłam „zmieniać" po stokroć. Taki był zamysł. Oczywiście.
niedziela, 2 października 2011
Subskrybuj:
Posty (Atom)