Jeżdżę. Cały czas. W różnych porach. I stoję. I myślę i
dalej nie wiem gdzie ci wszyscy ludzie jadą, do cholery?! GDZIE jedzie grupa
niepowiązanych ze sobą babć w wieku lat siedemdziesięciu o godzinie 7:30 i
wcześniej? A gdzie jadą później? Dlaczego ludzie w pogodę taką jak dziś, w
wolny dzień, decydują się na nieustanne użytkowanie linii 612? A tak w ogóle,
to wolę dzieci. Ludzie nie są mili. Znaczy czasami są. Na przykład ja. Ale
często nie są. I aż głupio się do kogoś uśmiechnąć, bo ma się wrażenie, że
zapyta czemu się tak głupio cieszysz. Wiadomo, że i wśród dzieci trafi się
malkontent, któremu a to przeszkadza czapka, a to nie chce siedzieć, a to
właśnie chce siedzieć i jeszcze tysiące innych spraw ich świata. Ale. Jak już
się trafi na takie dziecko z tych radosnych, to jakoś lepiej się robi na sercu.
Zawsze się ma nadzieję, że mu już tak zostanie. Muszę przyznać, że takie
roześmiane pół metra, czy tam nawet mniej, potrafi silnie oddziaływać na
innych. Bo do dziecka to jakoś tak bardziej pasuje się uśmiechnąć dziewczynie,
starszej pani pocmokać i powydawać inne nieartykułowane dźwięki, dziadkowi
zdarzy się puścić oczko. W końcu jest pretekst do zaprzestania udawania
poważnego, dorosłego człowieka. Bo przecież to dziecko. I jakoś się lżej
jedzie. Dzisiaj na przykład jechał chłopiec z niebieskim balonem. W wieku
nieciekawym, bo wczesno podstawówkowym, a więc tym pełnym okrucieństwa i
złośliwości i przemądrzalstwa. No ale jechał sobie fajnie, aż nagle odkrył jak
cudowną muzyką jest pocieranie paluchami biednego balona. Balon skrzeczał i
jęczał i pół autobusu miało gdzieś tam pod jesiennymi kurtkami gęsią skórkę. Trochę
to trwało, pojawiały się grymasy na twarzy tych, co to zawsze potrzebują
wolnego miejsca i w ogóle nie lubią za bardzo. Nie wiadomo czego, ale widac, że
nie lubią. Mały przestał. Może i byłam po wykładach i innych tego typu
zmęczeniach, ale przebieg całego wydarzenia oceniam pozytywnie. Usłyszałam
ostatnio, że głównie bazgrzę i narzekam na tą całą ekonomię. Otóż muszę powiedzieć,
że Times New Roman to absolutnie nie bazgroły, ale pismo niemalże techniczne,
zgodne z wymogami unijnymi. Poza tym to takie narzekanie dla narzekania.
Prawdziwe piekło rozpęta się jak już nie zaliczę pierwszego semestru. Dziś
zresztą panowie prowadzący mieli zdecydowanie dobrą kondychę. Pan na
matematyce, po półtorej godziny wykładu na temat rzeczy niepojętych,
stwierdził, że skończył tłumaczyć, a jest jeszcze trochę czasu i… napisał na
tablicy TROCHĘ ZABAWY (chyba chciał nam dać trochę śmiechu na koniec), a
poniżej:
X= 4 3 + -2c 0 +
0 -2d
0 0 c
0 0
d
Itd. Wszystko oczywiście w dużych nawiasach i tak ogólnie
bardziej macierzowato. Było jeszcze kilka linijek, ale nie o to chodzi.
Chciałam tylko pokazać jak to w życiu się zmieniają zabawy. Przyszło mi do
głowy kilkanaście różnych pomysłów. Jak ciocia na imieninach wyciąga blok i
zamiast kalamburów wykonuje napis „trochę zabawy”, a pod nim jakieś układy
równań liniowych na przykład. Albo wodzirej na weselu. Wybiera chętnego z sali
do konkursu i mówi mu „pokażę panu sztuczkę”, aż tu nagle wyciąga mu zza ucha
kartkę A4 z napisem „trochę zabawy” i karze, dla tytułowej zabawy, rozwiązać zaistniałą
na kartce złożoną sytuację kombinatoryczną. Pomijając takie chrzanienie o
ciociach. Śmiechu było co nie miara! Zostało mi też trochę zabawy do domu, więc
jestem pełna zapału. Tak jak to bywa z dobrą zabawą. Dodam jeszcze, że
teoretycznie powinnam w tej chwili siedzieć na prawie, ale wolałam na tyłku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz