poniedziałek, 10 października 2011

14.


Jeżdżę. Cały czas. W różnych porach. I stoję. I myślę i dalej nie wiem gdzie ci wszyscy ludzie jadą, do cholery?! GDZIE jedzie grupa niepowiązanych ze sobą babć w wieku lat siedemdziesięciu o godzinie 7:30 i wcześniej? A gdzie jadą później? Dlaczego ludzie w pogodę taką jak dziś, w wolny dzień, decydują się na nieustanne użytkowanie linii 612? A tak w ogóle, to wolę dzieci. Ludzie nie są mili. Znaczy czasami są. Na przykład ja. Ale często nie są. I aż głupio się do kogoś uśmiechnąć, bo ma się wrażenie, że zapyta czemu się tak głupio cieszysz. Wiadomo, że i wśród dzieci trafi się malkontent, któremu a to przeszkadza czapka, a to nie chce siedzieć, a to właśnie chce siedzieć i jeszcze tysiące innych spraw ich świata. Ale. Jak już się trafi na takie dziecko z tych radosnych, to jakoś lepiej się robi na sercu. Zawsze się ma nadzieję, że mu już tak zostanie. Muszę przyznać, że takie roześmiane pół metra, czy tam nawet mniej, potrafi silnie oddziaływać na innych. Bo do dziecka to jakoś tak bardziej pasuje się uśmiechnąć dziewczynie, starszej pani pocmokać i powydawać inne nieartykułowane dźwięki, dziadkowi zdarzy się puścić oczko. W końcu jest pretekst do zaprzestania udawania poważnego, dorosłego człowieka. Bo przecież to dziecko. I jakoś się lżej jedzie. Dzisiaj na przykład jechał chłopiec z niebieskim balonem. W wieku nieciekawym, bo wczesno podstawówkowym, a więc tym pełnym okrucieństwa i złośliwości i przemądrzalstwa. No ale jechał sobie fajnie, aż nagle odkrył jak cudowną muzyką jest pocieranie paluchami biednego balona. Balon skrzeczał i jęczał i pół autobusu miało gdzieś tam pod jesiennymi kurtkami gęsią skórkę. Trochę to trwało, pojawiały się grymasy na twarzy tych, co to zawsze potrzebują wolnego miejsca i w ogóle nie lubią za bardzo. Nie wiadomo czego, ale widac, że nie lubią. Mały przestał. Może i byłam po wykładach i innych tego typu zmęczeniach, ale przebieg całego wydarzenia oceniam pozytywnie. Usłyszałam ostatnio, że głównie bazgrzę i narzekam na tą całą ekonomię. Otóż muszę powiedzieć, że Times New Roman to absolutnie nie bazgroły, ale pismo niemalże techniczne, zgodne z wymogami unijnymi. Poza tym to takie narzekanie dla narzekania. Prawdziwe piekło rozpęta się jak już nie zaliczę pierwszego semestru. Dziś zresztą panowie prowadzący mieli zdecydowanie dobrą kondychę. Pan na matematyce, po półtorej godziny wykładu na temat rzeczy niepojętych, stwierdził, że skończył tłumaczyć, a jest jeszcze trochę czasu i… napisał na tablicy TROCHĘ ZABAWY (chyba chciał nam dać trochę śmiechu na koniec), a poniżej:

    X= 4 3    + -2c 0        +   0  -2d
          0 0         c   0             0    d

Itd. Wszystko oczywiście w dużych nawiasach i tak ogólnie bardziej macierzowato. Było jeszcze kilka linijek, ale nie o to chodzi. Chciałam tylko pokazać jak to w życiu się zmieniają zabawy. Przyszło mi do głowy kilkanaście różnych pomysłów. Jak ciocia na imieninach wyciąga blok i zamiast kalamburów wykonuje napis „trochę zabawy”, a pod nim jakieś układy równań liniowych na przykład. Albo wodzirej na weselu. Wybiera chętnego z sali do konkursu i mówi mu „pokażę panu sztuczkę”, aż tu nagle wyciąga mu zza ucha kartkę A4 z napisem „trochę zabawy” i karze, dla tytułowej zabawy, rozwiązać zaistniałą na kartce złożoną sytuację kombinatoryczną. Pomijając takie chrzanienie o ciociach. Śmiechu było co nie miara! Zostało mi też trochę zabawy do domu, więc jestem pełna zapału. Tak jak to bywa z dobrą zabawą. Dodam jeszcze, że teoretycznie powinnam w tej chwili siedzieć na prawie, ale wolałam na tyłku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz