środa, 11 stycznia 2012

To dziwne uczucie, kiedy zaczyna się siedzieć bardzo po nocach (bardzo - bardziej niż zwykle, ma się rozumieć) i patrząc na zegarek stwierdza się, że "dopiero druga". Siedzenie samemu przez cztery dni w jednym pokoju wiele zmienia. Męczę się. Nie chcę tu być. Zaczynam nie chcieć tu być do kwadratu. Nigdzie się tu nie czuję dobrze. Ani na studiach, ani w domu. Wychodzenie rano to perspektywa pierwszego. Powroty perspektywa drugiego. Jeden fortepian nie ratuje sprawy. Czasami wolałoby się być samemu. Może i samotność nie jest rzeczą wspaniałą, nie oszukujmy się, ale też pozbawia możliwości zawodzenia się na ludziach. Są ci w jakiś sposób obojętni. Najgorzej jest uświadomić sobie, że parę miesięcy temu nie wyobrażalnym było życie bez kogoś. Walczyło się, żeby ktoś nie zniknął, nie zatarł się we własnych sprawach, nie był marginesem lecz trwał jako codzienność. I budzę się i przysięgam, że myślę, że wystarczyłaby mi kawa raz w miesiącu. Rozmowy o niczym. Czas nie stanowi o wszystkim. Warstw żalu jest już dużo, raczej nie do oderwania. Czas zwierzeń minął już nawet nie wiem kiedy. Wcale za tym nie tęsknię, aż sama się sobie dziwię. Każdy potrafi się otworzyć jeśli tylko chce. Okazuje się jednak, że kiedy odchodzą moje chęci, nie zostają już żadne. Więc wychodzi na to, że były same. Ale nie trzeba chyba nic dodawać. Bo czym mam sobie mydlić oczy, kiedy po tylu latach na stwierdzenie "Chcę wyjechać" dostaję odpowiedź "gdzie?". I ciszę...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz