wtorek, 21 lutego 2012

56.

     Muszę to napisać w końcu. Fortepian występuje ostatnio w mym życiu pod hasłem "najsubtelniejszego instrumentu na świecie" (zaraz po nim flet poprzeczny - żartuję). Jakie to jest piękno w najczystszej postaci. Taki prawdziwy, duży fortepian, który stoi tak wpółotwarty. Niby można mu zajrzeć do środka, ale tak trochę zdaje się, że nie wypada. Wszystkie 88 dźwięków. Można i ciszej i głośniej, nie jak na tych wszelkiego rodzaju elektrycznych substytutach. I mój pan od fortepianu potrafi go używać należycie. Wepchnięty siłą w rzeczywistość o tej nieszczęsnej 13:30, siada, dotyka klawiszy i mojej duszy jednocześnie. I ma się wrażenie, że mógłby tak bez końca. Jakby nic nie istniało. Jakby słowa nie miały racji bytu, bo wszystko zapisane jest w melodii. Nagle jego cielesność ulatuje, pozostaje tylko stan ciekłej kawalkady dźwięków, które płyną w nicość lub w wieczność (zakładając że te zjawiska różnią się czymkolwiek). Pasja. Jeśli tylko można by było stać się tego częścią, być pięknem samym w sobie, bez zbędnych formalności Być historią, którą można opowiedzieć do końca, bądź przerwać. Historią, którą można opowiadać wielokrotnie, interpretować na tysiące sposobów. Być chociaż jednym taktem, chociaż jedną nutą, chociaż jedną pauzą...
    Dlatego czuję się winna każąc słuchać komuś takiemu mojego wykonania gamy c-dur (znanej w szkole podstawowej pod szyldem "do re mi fa sol la si do"). Jednak nie ma innej drogi. Podobno w życiu nie ma być lekko, łatwo i przyjemnie. Rzeczy wartościowe i piękne są trudne. Mam nawet na to przykład prosto z wykładu z filozofii: "Dziewczyna jest łatwa i idzie z panem do łóżka, to pomimo że przyszło to panu lekko i było bardzo przyjemnie - żoną pana nie będzie". Może ten cytat to trochę brutalne zejście na ziemię po tej "dźwięcznej wędrówce". Tak czy inaczej im więcej dajemy z siebie tym więcej do nas wraca. Brzmi to absolutnie logicznie.
    Jednym z ewidentnych dramatów ludzkiej egzystencji jest kończenie książki. Skończyć książkę to trochę umrzeć. Czujemy zawsze pod palcami nieuchronny koniec, zmniejszający się stos stron, ale tempo zamiast zwalniać - narasta. Zawsze jest końcowy szok i pytanie "jak to koniec?!". Nawet jeśli wszystko jest perfekcyjnie spójne, nie pozostawia złudzeń i nie dałoby się już nic dopisać, to jednak nie wiemy gdzie się podziać. Nie lubię tylnych okładek. Zawsze tracę na ich widok grunt pod stopami i nie wiem co robić dalej. Dobrze, że książki mi się nigdy nie skończą. Przeczytać wszystkie możliwe książki - to dopiero byłaby śmierć.
  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz