Dlatego czuję się winna każąc słuchać komuś takiemu mojego wykonania gamy c-dur (znanej w szkole podstawowej pod szyldem "do re mi fa sol la si do"). Jednak nie ma innej drogi. Podobno w życiu nie ma być lekko, łatwo i przyjemnie. Rzeczy wartościowe i piękne są trudne. Mam nawet na to przykład prosto z wykładu z filozofii: "Dziewczyna jest łatwa i idzie z panem do łóżka, to pomimo że przyszło to panu lekko i było bardzo przyjemnie - żoną pana nie będzie". Może ten cytat to trochę brutalne zejście na ziemię po tej "dźwięcznej wędrówce". Tak czy inaczej im więcej dajemy z siebie tym więcej do nas wraca. Brzmi to absolutnie logicznie.
Jednym z ewidentnych dramatów ludzkiej egzystencji jest kończenie książki. Skończyć książkę to trochę umrzeć. Czujemy zawsze pod palcami nieuchronny koniec, zmniejszający się stos stron, ale tempo zamiast zwalniać - narasta. Zawsze jest końcowy szok i pytanie "jak to koniec?!". Nawet jeśli wszystko jest perfekcyjnie spójne, nie pozostawia złudzeń i nie dałoby się już nic dopisać, to jednak nie wiemy gdzie się podziać. Nie lubię tylnych okładek. Zawsze tracę na ich widok grunt pod stopami i nie wiem co robić dalej. Dobrze, że książki mi się nigdy nie skończą. Przeczytać wszystkie możliwe książki - to dopiero byłaby śmierć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz