wtorek, 6 września 2011

Dwa lata


Dwa lata. Nie potrafię nigdy łatwo uwierzyć takim historiom. Informacja z drugiego końca świata pojawia się u mnie w czasie zapewne krótszym niż ułamek sekundy, a mimo to trafiła dopiero dziś. Jak zagubiony list, coś nieistotnego, coś z czym można czekać. Może po prostu nie umiała się jakoś przebić przez tysiące innych. Fakt – moje myśli nie błądziły po dalekim Manchesterze, bo też nie było takiej potrzeby. Rzadko błądzą też po wspomnieniach Bytomia sprzed lat bodajże trzech? Może nawet czterech… Wszystko trochę się ze sobą zlewa. Nie wiem w zasadzie co myśleć. Ta dziwnego rodzaju strata, zniknięcie jakiejś, mikroskopijnej na dobrą sprawę, cząsteczki mnie samej. Bywają ludzie, których potrafimy zapomnieć ot tak, bez większych skrupułów, w zasadzie nawet bez jakiejś brutalności i celowości. Wyrzucamy ich jako nieistotne dla biegu wydarzeń jednostki, nie na tyle charakterystyczne by zawładnąć partią naszych wspomnień. Bywają jednak i tacy, których skrzętnie pielęgnujemy, jakoś podświadomie, bez specjalnych ceremonii i starań. Wydają się zwyczajnie sami z siebie w nas tkwić, mimo krótkotrwałego kontaktu, kilku chwil, może dwóch zetknięć oczu, jednego otarcia ciał. To jest wyjątkowość. Charyzma. Inna nazwa też pewnie pasuje. Wszystko jedno jak to nazwę i czego to zasługa. Bytom, po raz pierwszy. Człowiek filigranowy, którego aura wypełniała salę po same brzegi. Jakby krążąca w tym małym ciele energia miała zbyt małe pole do popisu i zdawała się je rozsadzać. Skojarzenie z Mercurym, w którego dźwiękach zresztą zdawał się tonąć, gdy tylko lały się za jego sprawą z głośników.  I taniec. Choreografia tak niezwykle piękna, że łzy cisnęły się do oczu. Połykało się je wtedy zachłannie, by nie rozkleić się do końca. Zatrzymywały się w gardle, buzując i jakby chcąc na powrót trafić do źródła, wybuchnąć, nie dać się powstrzymać. Jego ruchy za każdym razem tak pełne pasji, jakby tańczył nie na szkolnej sali, ale dla połowy świata i trzech czwartych nieba. Jakby to był najważniejszy taniec jego życia. Jakby krople potu ściekające z jego czoła były tak cenne, że chciał wycisnąć ich jak najwięcej i nie potrzebował nic poza tą słoną zapłatą. Ruchy tak  przepełnione emocjami i czymś jeszcze. Czymś nieuchwytnym, czymś co ginie gdzieś między zdaniami, jakby nie chciało zostać opisane, a w zasadzie było niemożliwe do opisania. Coś, co da się wyrazić tylko tańcem, na przemian napięciem i rozluźnianiem mięśni, ekspresją twarzy, która poddaje się muzyce jakby nieświadomie, podążając za tym co podpowiada jej miotane każdym pojedynczym dźwiękiem ciało. Subtelność, pełnia uroku, manifest dla świata. Coś, co zostaje na zawsze. Te za mocno niestety wytarte obrazy. I to banalne zdanie: z nim niemożliwe stawało się możliwe. Jakkolwiek oklepane by nie było. Mógł przyjść każdy. Zaledwie kilka jego zajęć. Kilka godzin mojego życia, które da się policzyć na palcach. I wiem. Wiem, że możemy wszystko, że nie ma granic, że nie można się poddawać. I udało się każde podnoszenie, których pewna byłam, że nie zrobię. Przewrót przez dwie osoby. Czucie magii wśród zwykłych szkolnych krzeseł. Powtórzę. Przekraczanie własnych granic. Odkrył to, czego każdemu z nas tak naprawdę brakuje, by być lepszym - pokazał, że możemy więcej, niż nam się wydaje. Nigdy więcej nie przyjechał. Często przypominałyśmy sobie o nim, zawsze ktoś wspomniał dobrze zapamiętane nazwisko z tęsknym uśmiechem, może jeszcze tylko kilka słów o niepowtarzalności i niezwykłości tamtych zajęć i to wszystko. Chyba dlatego nie rozumiem. Tych ludzi nigdy się jakoś nie szuka, tkwią gdzieś w nas skazani tym samym na nieśmiertelność. A więc czysty przypadek. Odpowiednia osoba odpowiednio blisko właściwego miejsca, punktu x. Zwyczajne pierwsze skojarzenie, przeskok, wyszukanie informacji, których swoją drogą jest o takich ludziach niewiele. Więc nie żyje. Od dwóch lat. Wielu nie rozumie jak to możliwe, że świat się mimo to wcale nie zawalił. Jeszcze więcej jest tych, którzy nie odczuli żadnej zmiany, nie zauważyli braku. A ja? Ja w to nie wierzę. To tak, jakby ktoś zamykał czasami pojedynczych ludzi w jakimś pomieszczeniu, wmawiał nam że przestali istnieć, czekał aż się na to nabierzemy i krzyknął w końcu, widząc nasze przerażenie, wyczekiwane i przynoszące ulgę „żartuję”. 37 lat, ogromna świadomość ciała, ogromny talent i ogromna radość życia. Założę się, że siedzą teraz razem z Freddiem i śmieją się z tego naszego świata w opłakanym stanie. Choć znając Pietra, siedzi pewnie lekko obrażony, że to ziemskie przedstawienie odgrywa się dalej, bez niego...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz