Dwa lata. Nie potrafię nigdy łatwo uwierzyć takim historiom.
Informacja z drugiego końca świata pojawia się u mnie w czasie zapewne krótszym
niż ułamek sekundy, a mimo to trafiła dopiero dziś. Jak zagubiony list, coś
nieistotnego, coś z czym można czekać. Może po prostu nie umiała się jakoś przebić
przez tysiące innych. Fakt – moje myśli nie błądziły po dalekim Manchesterze,
bo też nie było takiej potrzeby. Rzadko błądzą też po wspomnieniach Bytomia
sprzed lat bodajże trzech? Może nawet czterech… Wszystko trochę się ze sobą
zlewa. Nie wiem w zasadzie co myśleć. Ta dziwnego rodzaju strata, zniknięcie
jakiejś, mikroskopijnej na dobrą sprawę, cząsteczki mnie samej. Bywają ludzie,
których potrafimy zapomnieć ot tak, bez większych skrupułów, w zasadzie nawet
bez jakiejś brutalności i celowości. Wyrzucamy ich jako nieistotne dla biegu wydarzeń
jednostki, nie na tyle charakterystyczne by zawładnąć partią naszych wspomnień.
Bywają jednak i tacy, których skrzętnie pielęgnujemy, jakoś podświadomie, bez
specjalnych ceremonii i starań. Wydają się zwyczajnie sami z siebie w nas tkwić,
mimo krótkotrwałego kontaktu, kilku chwil, może dwóch zetknięć oczu, jednego
otarcia ciał. To jest wyjątkowość. Charyzma. Inna nazwa też pewnie pasuje.
Wszystko jedno jak to nazwę i czego to zasługa. Bytom, po raz pierwszy. Człowiek
filigranowy, którego aura wypełniała salę po same brzegi. Jakby krążąca w tym
małym ciele energia miała zbyt małe pole do popisu i zdawała się je rozsadzać.
Skojarzenie z Mercurym, w którego dźwiękach zresztą zdawał się tonąć, gdy tylko
lały się za jego sprawą z głośników. I
taniec. Choreografia tak niezwykle piękna, że łzy cisnęły się do oczu. Połykało
się je wtedy zachłannie, by nie rozkleić się do końca. Zatrzymywały się w
gardle, buzując i jakby chcąc na powrót trafić do źródła, wybuchnąć, nie dać
się powstrzymać. Jego ruchy za każdym razem tak pełne pasji, jakby tańczył nie
na szkolnej sali, ale dla połowy świata i trzech czwartych nieba. Jakby to był
najważniejszy taniec jego życia. Jakby krople potu ściekające z jego czoła były
tak cenne, że chciał wycisnąć ich jak najwięcej i nie potrzebował nic poza tą
słoną zapłatą. Ruchy tak przepełnione
emocjami i czymś jeszcze. Czymś nieuchwytnym, czymś co ginie gdzieś między
zdaniami, jakby nie chciało zostać opisane, a w zasadzie było niemożliwe do
opisania. Coś, co da się wyrazić tylko tańcem, na przemian napięciem i
rozluźnianiem mięśni, ekspresją twarzy, która poddaje się muzyce jakby
nieświadomie, podążając za tym co podpowiada jej miotane każdym pojedynczym
dźwiękiem ciało. Subtelność, pełnia uroku, manifest dla świata. Coś, co zostaje
na zawsze. Te za mocno niestety wytarte obrazy. I to banalne zdanie: z nim
niemożliwe stawało się możliwe. Jakkolwiek oklepane by nie było. Mógł przyjść każdy.
Zaledwie kilka jego zajęć. Kilka godzin mojego życia, które da się policzyć na
palcach. I wiem. Wiem, że możemy wszystko, że nie ma granic, że nie można się poddawać.
I udało się każde podnoszenie, których pewna byłam, że nie zrobię. Przewrót
przez dwie osoby. Czucie magii wśród zwykłych szkolnych krzeseł. Powtórzę.
Przekraczanie własnych granic. Odkrył to, czego każdemu z nas tak naprawdę
brakuje, by być lepszym - pokazał, że możemy więcej, niż nam się wydaje. Nigdy
więcej nie przyjechał. Często przypominałyśmy sobie o nim, zawsze ktoś
wspomniał dobrze zapamiętane nazwisko z tęsknym uśmiechem, może jeszcze tylko
kilka słów o niepowtarzalności i niezwykłości tamtych zajęć i to wszystko. Chyba
dlatego nie rozumiem. Tych ludzi nigdy się jakoś nie szuka, tkwią gdzieś w nas
skazani tym samym na nieśmiertelność. A więc czysty przypadek. Odpowiednia
osoba odpowiednio blisko właściwego miejsca, punktu x. Zwyczajne pierwsze
skojarzenie, przeskok, wyszukanie informacji, których swoją drogą jest o takich
ludziach niewiele. Więc nie żyje. Od dwóch lat. Wielu nie rozumie jak to
możliwe, że świat się mimo to wcale nie zawalił. Jeszcze więcej jest tych,
którzy nie odczuli żadnej zmiany, nie zauważyli braku. A ja? Ja w to nie
wierzę. To tak, jakby ktoś zamykał czasami pojedynczych ludzi w jakimś
pomieszczeniu, wmawiał nam że przestali istnieć, czekał aż się na to nabierzemy
i krzyknął w końcu, widząc nasze przerażenie, wyczekiwane i przynoszące ulgę „żartuję”.
37 lat, ogromna świadomość ciała, ogromny talent i ogromna radość życia. Założę
się, że siedzą teraz razem z Freddiem i śmieją się z tego naszego świata w
opłakanym stanie. Choć znając Pietra, siedzi pewnie lekko obrażony, że to
ziemskie przedstawienie odgrywa się dalej, bez niego...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz