Przestaję być częścią tego miasta. Czuję, że jestem tu już
tylko ja i ludzie, których nie znam. Nie są moi. Dni płyną jakoś wolniej, ale
nie mogę narzekać. W końcu nigdzie mi się nie spieszy, a już na pewno nie do
października. Dopadła mnie retrospekcja. Więc poszłam, bez większego wahania
tam, gdzie trzeba. Usiadłam. Ławka już nie ta sama, grzyby zaczęły jeść drzewa,
nawet woda płynie jakoś inaczej. Miejsce trochę bez sensu, nie jakieś
specjalnie, raczej pierwsze z brzegu, pomiędzy rzeczami ładnymi. Jeden sen na
tysiąc wspomnień. Nieuczciwa proporcja. Zadziwiające, że nie było nam trzeba
nic, prócz tej rzeki. Wszystko było mniej groźne, mniej ważne. Widok nie pasuje
dziś do myśli. Jest tu za ładnie. Są miejsca, w które nie powinno się przyprowadzać
kolejnych osób. Po prostu zostawić je w spokoju, nie nagromadzać tam wspomnień,
nie pozwolić by się nakładały. Zostaje z nich tak niewiele. Mozaika barw, ludzi
i uczuć, fragmenty dawnej codzienności, zapamiętane wybiórczo, jakby bez
większego sensu. Jeden deszczowy dzień, przemoczona szara kurtka, park
wieczorem i ręce gdzieś na moim ciele, jakiś pocałunek przy aptece i inne,
mniej znaczące, królewna z jakiejś fantastycznej książki, pies, który miał zawał, mały
chłopiec, który nie umiał wybierać, skóra pachnąca słońcem po całym dniu pracy,
bar przy dworcu, jeden magiczny telefon kiedyś w wigilię. A dziś? Dziś to już
nie moja ławka. Dziś tylko jeden sen. Dziś tylko „cześć” przez zaciśnięte zęby…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz