26.05.2012r.:
Nie można uciekać wiecznie. Od niczego. W czasie ucieczki ciągle o tym wiedziałam i ta myśl mnie spowalniała, aż w końcu potrząsnęła mną na tyle, że musiałam się zatrzymać. Moje miasto kąpało się w słońcu i chłodziło w chmurach. Było ładnie, jakby pogoda w ogóle nie miała nic do rzeczy. Najtrudniejsza decyzja w moim życiu. Najgorszy dzień. Najcięższa noc. Najpiękniejsze pożegnanie na świecie.
Wiele dziś zrozumiałam. To jak bardzo jestem zagubiona, dlaczego tak jest i to jak bardzo się zmieniłam. Dawno nie byłam w domu. Miałam okazję popatrzeć z innej perspektywy na wszystko co się ostatnio dzieje. Na rzeczywistość, w której jestem. Rzeczywistość, w której nie ma na nic czasu, w której trzeba działać szybko, przez co ludzie przestają odróżniać dobro od zła. Nie wierzą w piękne rzeczy. Na niewielu rzeczach im zależy, a najczęściej w zasadzie tylko na jednym. Jak ma się szczęście, to trafia się na kogoś, kto przynajmniej próbuje to ubrać w ładne słowa. Ludzie ukrywają tu pod pozorną pewnością siebie to, co ich boli. Nie chcą nikogo do siebie dopuścić, boją się że zacznie im zależeć, boją się zobowiązań, uczuć, bycia zranionym. Boją się zaryzykować, nawet jeśli coś jest warte ryzyka. Najmniejsza linia oporu. Łatwo. Za łatwo. Źle jest się tu znaleźć. Źle jest tu tkwić. Traci się nadzieję, że istnieją ludzie wyjątkowi, przed którymi warto cokolwiek odkryć, pokazać siebie, którym warto ufać. Tu nie ma uczuć. Zawsze chciałam być dobra, robić rzeczy właściwe i ważne, nadawać wszystkiemu znaczenie. Teraz nie wiem kim jestem. Wszystko jest bez znaczenia. Dlatego nie lubię tego miasta.
Podjąć decyzję i wiedzieć, że się ją podjęło to jedno. Wypowiedzieć ją głośno to już zupełnie co innego. Wiedzieć, że będzie przez to cierpiał ktoś, kto w najmniejszym stopniu na to nie zasługuje. Ktoś ważny. Ktoś komu nie chce się zadawać bólu. Jak to zrobić, kiedy żaden sposób nie jest lepszy niż inny.
Tak dawno nie miałam tego poczucia, że znam kogoś na pamięć, że jest bezpieczny, że wiem co myśli, kim dla niego jestem. Tak trudno odejść. Wszystkim się wydaje, że osobie która odchodzi nie jest trudno. Kiedy jest. Czułam pod palcami skórę, błądziłam po niej jakby nie chcąc ominąć żadnego szczegółu. Jakbym bała się, że jak tylko się od niej oderwę zapomnę jaka jest, stanie się obca, coś mi umknie. Te dobrze znane dłonie, które wiedzą czego mi trzeba. I usta. Usta bez pośpiechu. Czułe. Ile jest intymności w najdrobniejszych gestach, które normalnie byłyby bez znaczenia, kiedy wie się, że są ostatnie.
Tak bardzo się boję to wszystko odrzucić, zostawić. W imię czego? W imię samotności, która niewiele daje w zamian. Udowodnienia sobie, że można inaczej, że potrafię stawić czoło rzeczom, których najbardziej się boję i potrafię to zrobić sama. Żeby się odnaleźć. Żeby nie wybierać tego, co bezpieczne, tylko dlatego że tak wygodniej. Możliwe, że kiedyś stwierdzę, że dzień, w którym podjęłam tą decyzję, to dzień, w którym okazałam się najgłupsza na świecie. Na tą chwilę wiem, że tak muszę. Wiem, że robię dobrze. Podejmuję ryzyko. Nie wiem co będzie i czy to co będzie jest tego warte. Jestem sama. Na własne życzenie. Nigdy nie czułam się słabsza i silniejsza jednocześnie.
Podobno płaczę najpiękniej na świecie. Dementuję plotkę. Po około 45 minutach na twarzy pojawiają się czerwone plamy. Potem pęka mi głowa. Dobrze, że to metafora.
Jestem wyczerpana. Kuje mnie serce. Na dobrą sprawę to znak, że ciągle jest na swoim miejscu. Tylko nie wiem czy daje mi znaki, bo jest na mnie złe w konkretnej sprawie, czy ogólnie ma mnie dość.
Nie wiem, co Ci mam powiedzieć w tej chwili, więc... przytulam Cię. Tak po prostu. Choć Cię nie znam, a Ty mnie.
OdpowiedzUsuń