piątek, 26 października 2012

65.


Był czas, w którym Marta wyjechała do Szkocji. Bo dzisiaj będzie trochę o Marcie. W ogóle doszłam do wniosku, że jest w moim życiu wielu ludzi wartych opowiedzenia. Muszę to zrobić. Opowiedzieć o nich. Nie pamiętam dokładnej daty, ale za to napisałam wtedy parę zdań. A więc kiedy Marta powiedziała, że wyjeżdża za dwa dni, czułam się tak:

„Nie pierwszy raz się tak czułam. Nie pierwszy, ale chyba jeszcze nigdy nie odczuwałam tego tak dokładnie i wyraźnie. Czułam jakby wszystko szło do przodu, wszystko oprócz mnie. Stałam na za małym balkonie, na strzeżonym ciemnym osiedlu i mimo wszechobecnego spokoju zdawało mi się, że jestem jedyną częścią wszechświata, która stoi w miejscu. Utknęłam, albo zostałam w którymś momencie pominięta. Tak jakbym  miała potencjał do wygranej, ale ktoś zdecydował za mnie, że należy poddać tę partię. Wiem, że wszystko powinno opierać się na jakimś celu, że cel powoduje koncentrację działania. Nie potrafię go odnaleźć. Dlatego nie wiem co robić. Marta powiedziała mi dziś, że wyjeżdża i uderzyło mnie to tak nagle, że nie potrafiłam przestać o niej myśleć. Nie byłyśmy sobie ani bliskie ani dalekie, przynajmniej z założenia. Należy do tych osób, z którymi łączy mnie zupełnie nadprzyrodzona nić porozumienia. Możemy nie rozmawiać przez rok, a kiedy się spotkamy pełno jest zdań, których nie ma potrzeby kończyć, bo dokładnie wiemy jak się kończą i pełno rzucanych porozumiewawczych spojrzeń. Jesteśmy na jakiejś płaszczyźnie bardzo do siebie podobne i przez to chyba nie zniosłybyśmy się na co dzień, ale współgramy świetnie raz na jakiś czas, choć to z kolei zawsze pozostawia niedosyt. Podziwiam ją i jej zazdroszczę. Nie wiem co bardziej, choć w gruncie rzeczy nie są to uczucia sprzeczne, więc mogą występować razem w różnym stopniu nasilenia i nie będzie z tego problemów. Wystarczy na nią spojrzeć, żeby mieć pewność, że jej się w życiu uda, a jeśli się nie uda, to będzie to ogromnie nieporozumienie. Jest jedną z tych osób, w których się wszystko gotuje, które nie tyle się nie boją, ale mają w sobie więcej odwagi niż strachu. Wiem, że się nie pożegnamy, bo nie będzie okazji, że długo się nie zobaczymy i że wiele się zmieni. Boję się, że odnajdzie to, czego w życiu szuka, odnajdzie cel, wiarę w ludzi i w końcu odnajdzie siebie. Boję się, że wtedy nas zagubionych będzie o jedną osobę mniej i kiedy będę jej o moim zagubieniu opowiadać, nie będzie już mnie rozumieć. Popatrzy na mnie z uśmiechem i powiem mi jakie życie jest proste, a ja będę wiedziała, że mnie nie pojmuje. Z drugiej strony bardzo chcę żeby tak było. Niech się odnajdzie i uzna, że to śmieszne być zagubionym. Niech nas będzie o jeden mniej.”

Ani ja, ani Marta jednak wciąż się nie odnalazłyśmy, choć nasze życia pozmieniały się w znacznym stopniu (jej chyba wciąż bardziej niż moje). Zawsze jakoś bardzo uderza to, że ktoś w jakiś sposób odchodzi. To bardzo niesprawiedliwe, bo często przesłania nam obraz bliskich nam osób, które wciąż są razem z nami. Wypełniamy myśli tylko jedną osobą i odległością. W gruncie rzeczy wiedząc, że gdyby została wcale nie widywałybyśmy się codziennie, nie dzwoniłybyśmy do siebie bez przerwy, nie nocowały u siebie raz w tygodniu i nie wpadały niespodziewanie na kawę. I to wiadomo. Ale też nagle pojawia się ta myśl, że jakbyśmy chciały zrobić którąkolwiek z tych rzeczy - nie ma na to szans. I chyba na tym to polega. Czujemy zagrożenie. Tak naprawdę niewiele się zmienia, ale przez chwilę czujemy, że to bez sensu. Dociera do nas, że do tej pory wszystko było proste, jeśli tylko byśmy chcieli, a teraz już takie nie będzie. Tak czy inaczej nikt Marty nie powstrzymał. Pojechała i trzeba było się tego nauczyć. Był to akurat ten sam czas, w którym myślałam, że jak coś się w moim życiu nie zmieni, to zwariuję, więc zazdrościłam jej, że u niej zmieni się wszystko. Jak teraz się okazuje, mimo że zostałam, u mnie też wszystko przewróciło się do góry nogami i może nawet widok z tej pozycji jest lepszy, ale o tym kiedyś.
Potem widziałyśmy się we wrześniu, a wrzesień był miesiącem, w którym robiłam różne rzeczy, ale głównie zajmowałam się czekaniem na październik. Wiedziałam, że wszystko co wakacje miały mi do zaoferowania mam już za sobą. Wizyta Marty chyba pomogła nam wszystkim. Mnie, Ali (tak, o niej też będzie trzeba pomówić) i w końcu Marcie samej w sobie. Nabrałyśmy sił i rozeszłyśmy się we wszystkie strony świata. Patrząc na to z perspektywy czasu (co brzmi absurdalnie, bo minęło trochę ponad miesiąc!), myślę że to nasze spotkanie i wyprawa w góry, a w końcu siedzenie z wódką na dachu schroniska, wiele zmieniło w moim myśleniu. Widziałyśmy się krótko, aczkolwiek intensywnie. Okazało się, że znów nie będzie okazji się pożegnać. I tak Marta opuściła nas tanimi liniami po raz drugi, po raz drugi bez łezki w oku i z przekonaniem, że jeszcze się zobaczymy i będzie czas na płacz. Nie zobaczyłyśmy się i płaczu nie było, ale może to i lepiej. Pożegnania są przygnębiające, a przecież mamy zamiar zawładnąć światem w różnych jego zakątkach, więc nie ma się co rozczulać. 

Sytuacja od jej wyjazdu zmieniła się o tyle, że dalej nie mamy pojęcia co ze sobą zrobić, ale za to teraz patrzymy na to z przymrużeniem oka, bo wiemy że jesteśmy stworzone do wyższych celów! I w związku z tym chciałabym zaprosić Was w pewne miejsce, które powstało ku pokrzepieniu serc. Jeśli lubicie sobie czasami mnie poczytać, to polubicie sobie czasami poczytać i Martę.  Jest tam inaczej niż tu, chyba weselej.
Oczywiście to dwie różne sprawy: tu i tam. Będę tu dalej zaglądać, oby nie tak rzadko jak do tej pory!

A więc jest takie miejsce w sieci, gdzie od niedawna z Martą nie narzekamy!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz