wtorek, 11 grudnia 2012

Dna kłodzkich szuflad.

       Dzisiejszy tekst jest owocem mojego weekendu w domu i pewnej nocy na Śnieżniku, a była to noc wrześniowa. Od razu muszę rozwiać wszelkie nadzieje - dalej jestem leniwa i nic ciekawego nowego nie powstało. Za to pogrzebałam w starych śmieciach. I znalazłam stare śmieci. Tekst jest z czasów liceum, dokładnie druga klasa. Pisaliśmy wtedy eseje na dowolne tematy. Ostatnio okazało się, że nie tylko mi zapadł w pamięć i było mi nawet przyjemnie. Trochę się od tamtej pory zreformowała moja głowa i serduszko, ale jak tak to sobie czytam, to tęsknię za wiarą w te najbardziej podstawowe i najpiękniejsze rzeczy. W zasadzie wiara jest, tylko może już nie wszystko wydaje się takie proste i może czasami na to, co piękne pada za dużo cienia i trudno to dostrzec. Tak czy inaczej prezentuję wiekopomny esej:



Czerwień miłości

            Co uznajemy za spełnienie? Za pełną wiedzę o świecie i o sobie samym? Co uznajemy za bezwzględnie piękne? Czym kierujemy się w naszych sądach? Nasze skomplikowane rozumowanie i pokrętna natura sprawiają, że wszystko staje się tym, czym chcemy żeby było, a prawdą jest to, co sami uznajemy za prawdę. Najczęściej ciężko przychodzi nam przyznać się do tego, że rzeczywistość jednak jest inna. Nawet przed samym sobą. Bezsilni jesteśmy także jeśli chodzi o miłość. Choć wiemy, że wiążą się z nią bardzo różne, luźno dobrane przymiotniki: „nieszczęśliwa“, „przeklęta“, „zraniona“, „platoniczna“. Miłość, to jedyne cierpienie, o którym marzymy i jedyne przekleństwo, którego życzymy naszym najbliższym z całego serca.
            Miłość, to jedna z tych rzeczy, którą dzieląc mnożymy, co potwierdził Antooine de Saint-Exupery mówiąc: „Prawdziwa miłość nie wyczerpuje się nigdy. Im więcej dajesz, tym więcej ci jej zostanie“. Skąd więc ta niepewność? Ten brak przekonania? Lęk przed oddaniem się jej w całości? Boimy się zatracić w miłości, bo nie lubimy ryzyka. Czujemy obawę, że możemy więcej stracić, niż zyskać. Wiemy, że coś może pójść nie tak. Nie potrafimy postawić wszystkiego na jedną kartę. My – racjonalni, trzeźwo myślący, nowocześni ludzie, boimy się tych wzniosłych uczuć, nieogarnionych emocji. Z drugiej strony coś ściska nasz żołądek, wypełnia go. Zdaje się go rozrywać, szarpać. Nie, nie do bólu. Wywołuje tylko ten niepokój, ten tak dobrze znany skurcz, ten dreszcz. Skąd to uczucie? Wszystko przez jedno spojrzenie cudzych oczu, którym boimy się oddać, a które jednocześnie pragniemy oglądać za każdym razem, kiedy otwieramy swoje własne. Przestajemy myśleć trzeźwo, opierać się, ociągać. Nagle okazuje się, co odkrywamy z niemałym zaskoczeniem, że nasze decyzje bywają spontaniczne. Wszystkie obawy i lęki gdzieś się nagle kryją, rozmazują, a my, nagle tak odważni, biegniemy naprzód. Po drodze gubimy racjonalizm, lecz mimo tego, że nam wypada i roztrzaskuje się z hukiem o ziemię, nie odwracamy się. Bo tak naprawdę słyszymy, lecz udajemy głuchych. Nie chcemy go podnosić, nie chcemy go posiadać, nie chcemy się nim kierować. Stajemy się nagle zagubieni, ale szczęśliwi. Świat rozsypany, zburzony przez tornado uczuć, mimo zniszczeń wydaje się nam magiczny i piękny jak nigdy. Akceptujemy z zaintrygowaniem ten nieład, bo jak stwierdza Jonathan Carroll w „Białych jabłkach“: „[...] prawdziwa miłość jest zawsze chaotyczna. Gubisz się, tracisz trzeźwy osąd. Nie umiesz się bronić. Im większa miłość, tym większy chaos.“
            Gubimy się w słownikowych formułkach: zauroczenie, zakochanie, zaślepienie... Już miłość? Jeszcze nie? Nie potrafimy określić tego, co daje nam tak wyraźne oznaki. Ale słowo miłość nieustannie i niemiłosiernie ocha się na usta. Tak bardzo chcemy jej doświadczyć, że z zapałem i ochotą w oczach, niemal takimi samymi z jakimi pięcioletni dzieciak patrzy na lody za witryną w upalne lipcowe popołudnie, nazywamy zachłannie to coś między mną a kimś miłością. Nigdy nie wiedząc czy to już, czy jeszcze nie. A kiedy już owszem, na pewno i na wieczność to miłość, a potem pojawia się kolejna? Nowsza, milsza, przyjemniejsza, nie zniszczona, prawie nie używana? Znów taka tajemnicza, znów to pożądanie, znów ten błysk w oku? Tamto to już nie miłość? Przyzwyczajenie? A może w obu przypadkach to miłość, lecz nowsze, znaczy lepsze? A może gdzieś jest finał i miłość się kończy? A może finał jest wieczny, jak w wierszu Poświatowskiej? Więc jednak chyba na pewno miłość bywa wieczna. Jednak. Chyba. Na pewno! Bywa? Bez względu na jej trwałość czy nietrwałość oddajemy się jej, jednocześnie się jej opierając, przekornie udając niezainteresowanych. Stopniowo zawierzamy coraz bardziej, ufamy silniej, kochamy trwalej. I zdarza się też tak, że spotyka nas zawód. Sprawą oczywistą jest, że cierpimy, miotamy się, szlochamy, nienawidzimy. Sprawą równie oczywistą jest, że czas leczy rany lub przyzwyczaja do bólu. Jedno z dwóch, choć nie wiem dokładnie które. Tak czy inaczej czas w jakiś sposób pomaga. Nasuwają się słowa Konrada z „Dziadów“ Adama Mickiewicza: „Kto miłości nie zna, ten żyje szczęśliwy, i noc ma spokojną i dzień nietęskliwy“. I choć je wypowiedział, jestem niemal przekonana, że nie żałował ani jednej chwili, którą dzielił z ukochaną, mimo wszelkich niespokojnych nocy i teskných poranków, bo przecież ,według Anny Kamińskiej: „Prawdziwa miłość jest chyba tylko samą tęsknotą i pragnieniem“. Przychodzi czasem nam stwierdzić, że niewiadomo co to jest ta wszechobecna i miłościwie nam panująca Miłość. Ale podobno prawdziwa miłość otwiera ramiona, a zamyka oczy. A my z reguły lubimy patrzeć. I lubimy widzieć. Dlatego się jej boimy.
            I w końcu ta czerwień. Czerwień, jako kolor miłości. Dlaczego czerwień? Dlaczego nie zieleń? Spokojna, pobłażliwa, głaskająca po głowie, kojąca, dająca wytchnienie zmęczonym oczom? Dlaczego agresywna, bojownicza, krwawa, krzycząca czerwień? Ciągły niepokój, walka, brak wytchnienia? Bo nie chcemy spokoju. Bo marzymy o nieistniejącym ideale, a uczucia lokujemy w pełnym wad człowieku z krwi i kości. I ta krew się później leje i przelewa i buzuje. I owszem, jest jak najbardziej czerwona. I bywają kłótnie, i zdarzają się rozstania, i następują powroty. A my nie chcemy nic zmieniać. Odkładamy nasz nierealny ideał i jesteśmy najszczęśliwsi na świecie i modlimy się, aby nigdy się nie pojawił. Bo lubimy te drobne kłótnie i wbrew pozorom, potrzebujemy tych większych. Bo zwalczamy w sobie nawzajem to, co złe i niekonieczne, a jednocześnie uczymy się akceptować nasze wady. Marzenia się nie spełniają, lecz ulegają przekształceniu. Dzięki temu stają się rzeczywiste. I krzyczymy i kochamy. I pragniemy tych sprzeczności. A kiedy się nie udaje, to mimo że cierpimy czasem tak okrutnie, skłonni jesteśmy zakochać się na nowo jeszze tysiące razy. W dodatku za każdym razem prawdziwie. I prawdopodobnie na zawsze. Kochajcie, a będziecie żyć wiecznie? Nie, wszyscy umrzemy. Ale wybierając swoją śmierć, pragnę umrzeć z miłości.


PS: Musiałam przepisywać z kartki, doceńcie!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz